Zainspirowany postem pewnego znanego skądinąd nam Ufoludka postanawiam założyć temat, w którym z użyciem racjonalnych argumentów będziemy potwierdzać czy też zaprzeczać istnieniu życia pozaziemskiego.
Zacznę:
Widziałem zamieszczone przez znanego Skądinąd zdjęcia statków kosmicznych. Czy to fotomontaż - ocenić technicznie nie potrafię, ale z logiki wychodzi, że tak do rzeczy: technologia pozwalająca przylecieć z najbliższej chociażby planety, na której mogłoby być życie jest, że tak powiem, kosmiczna i dziwne jest, że akurat kosmici są tak wysoce rozwinięci, żeby zaprzeczać grawitacji i niszczącemu czasowi potrzebnego na podróż przez Przestrzeń Kosmiczną. Wątpię nawet, żeby w ogóla mogłaby kioedykolwiek zaistnieć takaż technologia. To raz. Dwa, dlaczego akurat oni mieliby mieć tak zaawansowaną technologię?
I swoją drogą, jak nasz Znany Skądinąd mógł napisać te wszystkie posty na temat? Wątpię, żeby korzystał z neostrady tp choć to całkiem możliwe, pod warunkiem, że jest jakimś dzieckiem neo śmiejącym się z nas teraz (moderatorzy, porównajcie prosze IP tegoż osobnika z ip tego "anioła" ).
Enjoy!
_________________ You should've never trusted Hollywood
You should've never gone to Hollywood
All you bitches put your hands in the air
And wave them like you just don't care
Fajnie że podeszłes do tego troszkę poważnie .
Mówisz że my możemy istnieć tylko że nie wynaleźlibyśmy jeszcze światła a może my i wy nie jesteśmy sami może jest ktoś jeszcze ? kto nas stworzył dla jakiś pieprzonych badań .
Zamieszczę tutaj film który został nakręcony przez wasze najlepsze teleskopy .
Węgiel jest bardzo dobrym pierwiastkiem - nie ma wątpliwości co do tego. Wystarczy dodać wodę i otrzymamy życie. No, może nie jest to takie proste, ale węgiel wraz z wodą, tworzą doskonałą parę, przynajmniej na planecie Ziemi. Może to być powodem, dla którego w tak ograniczonym stopniu szukamy pozaziemskiego życie. Te dwa pierwiastki, tak doskonale ze sobą współgrają, że jest nam trudno wyobrazić sobie życie o nie nieoparte.
Dotychczasowo, nasze poszukiwania pozaziemskich form życia polegało na szukaniu planet, podobnych do naszej. To, co na Ziemi zabija, gdzie indziej może dawać życie. To, czego szukamy, może nie do końca mieścić się w naszym pojęciu "sielanki".
Trudno jest przyjąć, że istnieją żywe formy, oparte o coś innego niż węgiel i woda. Biochemicy twierdzą, że jest kilka alternatywnych pierwiastków, które potencjalnie, mogłyby stworzyć życie. Warto też wspomnieć, że może nam być trudno pojąć życie nie oparte o węgiel, ponieważ budowa ludzkiego organizmu opiera się właśnie o ten pierwiastek.
Nie każdy jest "węglowym szowinistom". Naukowcy stworzyli już kilka interesujących teorii na temat życia, nie opartego o węgiel. Jest kilka związków, które powinny dobrze sprawować się w roli węgla. Dla przykładu, substancje chemiczne oparte o silikon, byłyby bardziej stabilne w otoczeniu bogatym w kwas i siarkę niż węgiel. Otoczenie takie zostało odnotowane na kilku planetach.
Nawet takie pierwiastki jak arsen mogą, w odpowiednich warunkach, sprzyjać powstaniu życia. Nawet na Ziemi niektóre glony posiadają arsen w swoim organizmie. Niektóre małe formy życia używają arsenu w celu regeneracji energii oraz wzrostu. Chlor i siarka też mogą być zamiennikiem dla węgla. Siarka jest wstanie, tak samo jak węgiel, tworzyć długie łańcuchy molekuł. Odnaleziono nawet bakterię, która oddychała siarką, tak samo, jak tlenem, po przez redukcję siarki, do postaci tlenku siarki.
Azot oraz fosfor, też mogą potencjalnie tworzyć biochemiczne molekuły. Fosfor również może łączyć się w długie łańcuchy molekuł, co pozytywnie wpływa na tworzenie się makromolekuł. W połączeniu z azotem może tworzyć całkiem złożone molekuły, a nawet pierścienie.
A co z wodą? Czy woda nie jest podstawowym składnikiem form żywych? Nie koniecznie. Na przykład amoniak, ma wiele wspólnego z wodą. Amoniak, również zmieszany z wodą, utrzymuje się płynny w dużo niższych temperaturach niż zwykła woda. Taka biochemia jest możliwa poza konwencjonalnymi strefami, nadającymi się do zamieszkania, opartymi o wodę. Jednym z przykładów może być największy księżyc Saturna: Tytan.
Wodorek fluoru metanolu, wodorek siarczku, wodorek chloru, oraz pochodne. Wszystkie, teoretycznie, mogą służyć jako alternatywa w biochemii. Wszystkie te "zamienniki" dla wody, mają swoje plusy i minusy, kiedy rozważyć nasze ziemskie warunki. Musimy rozważyć, czy tak radykalne zmiany w otoczeniu, wymuszają równie radykalne zmiany w reakcji. Woda i węgiel mogą być podstawowymi pierwiastkami życia na jakieś obcej planecie o trudnych warunkach przystosowawczych.
Wielce prawdopodobne jest, że nasze pierwsze odkryte pozaziemskie życie nie będzie opierać się wyłącznie na węglu.
Pomógł: 10 razy Wiek: 21 Dołączył: 01 Kwi 2007 Posty: 1941 Skąd: Warszawa
Wysłany: Sob Cze 16, 2007 12:41
Cytat:
Patrz jak mało trzeba żeby powstał człowiek .
Zamieszczę tutaj moją wypowiedź z sąsiedniego tematu. Nie chce mi się pisać tego od nowa:
"Pytanie skąd się wzięło coś takiego, jak człowiek, gnębi wszystkich ludzi na ziemi od kiedy tylko oni powstali. I białych i czarnych i żółtych i czerwonych. I Azjatów i Muzułmanów i Europejczyków. Badaczy, fizyków, geologów, antropologów i biologów, którzy mimo, że poświęcili nie 5 minut, nie 5 dni, nie 5 tygodni, nie 5 miesięcy, nie 5 lat, a większość swojego życia... i jednoznacznej odpowiedzi nie znaleźli. Zatem, jeżeli już nie wiedzieć, to chociaż świadomie.
Według oficjalnie przyjętej wersji, dawno, dawno temu... na skutek nieprawdopodobnego zbiegu okoliczności spotkało się kilka związków chemicznych, w które na dodatek walnął piorun i tak powstała pierwsza komórka. Komórka, które przez wiele tysięcy lat ewoluowała, ewoluowała... aż z rozmiaru około 0,5um (czyli 0,0005 milimetra) zarosła kulę o obwodzie 40 tys km (40000000000 milimetrów).
Gdyby pierwsza komórka powstała z... niczego, musiały by najpierw powstać skomplikowane związki, z których miała by się składać. Mitochondrium. Jest to pewna struktura komórki, w której zachodzą procesy będące głównym źródłem energii. Pojedyncze ludzkie mitochondrium zawiera 5...10 cząsteczek DNA o długości 16569 par zasad z których każda ma 37 genów. A gen jest odcinkiem DNA, nadającym komórce zdolność tworzenia jakiegoś RNA i przy okazji kodujący jakieś białko. 1 gen zawiera informacje o tym, jak zbudować jakieś białko, w jakich okolicznościach, z jaką intensywnością, do jakiego przedziału komórki je przesłać oraz o tym, w jakich komórkach, do jakiego obszaru przesłać dany produkt.
Tyle po krótce z biologii. Teraz to wszystko podliczymy:
Jedno mitochondrium posiada 8 cząsteczek DNA x 16569 par zasad (czyli x 2) x 37 genów, z których każdy pełni co najmniej 5 zakodowanych funkcji.
8x(16569x2)x37=
9 808 848. Słownie: dziewięć milionów osiemset osiem tysięcy osiemset czterdzieści osiem.
Jeżeli miały by się połączyć losowo, należało by uwzględnić wszystkie możliwości i pomnożyć sumę przez siebie samą. Mamy wtedy...
9 808 848x9 808 848=
96 213 499 087 104
Kombinacji... samych genów, które miały by powstać przez przypadek. Przy czym prawidłowa jest tylko jedna.
To tak, jak by wziąć średnio skomplikowany program komputerowy, przełożyć go na kod maszynowy i zamienić losowo wybrane bajty, po czym spodziewać się lepszej wersji programu.
Tak samo, jak by wziąć 10 tomów Encyklopedii Popularnej PWN, po czym rozsypać wszystkie literki w losowe ułożenie i... spodziewać się (co najmniej) sensownego tekstu.
Po za tym sam kod DNA, to jeszcze nie komórka. Jak program, to nie komputer. Do wyniku podanego wyżej, należy doliczyć prawdopodobieństwo zawiązania się poszczególnych elementów komórki, aby mogła samodzielnie działać.
Darwinowska teoria ewolucji, której uczymy się w szkole (przynajmniej, której ja uczyłem się w gimnazjum), została stworzona jeszcze w czasach, w których nie miano pojęcia o czymś takim, jak kod DNA a pośrednie gatunki człowieka identyfikowano np. na podstawie samej kości udowej.
Tłumaczenie powstania człowieka w wyniku ewolucji, z gatunku, który oglądamy w Zoo jest po prostu jedyną racjonalną drogą rozwiązania dla osób, które nie mają większego pojęcia ani o Bogu, ani o biologii. Wystarczy zapoznać się dokładnie z jednym zagadnieniem i... cała Darwinowska piramida błędnej wiary ludzkiego pochodzenia wali się z hukiem. Bo skoro człowiek powstał z małpy, małpa z wiewiórki, wiewiórka z dżdżownicy, dżdżownica z pchły, a pchła w wyniku wielu mutacji z... niczego dochodzimy do wniosku, że człowiek, myśli, uczucia i marzenia... wszelkie emocje, miłość, pragnienia, szczęścia i smutki powstały z... niczego. Żywe z nieożywionego."
[ Dodano: Sob Cze 16, 2007 12:41 ] UfO^, człowiek to nie lekcja chemii.
Mnich, bardzo słuszne słowa. Szansa istnienia życia poza Ziemią jest niemal równa zeru. Szczerze to nie wierzę w ufo, ono po prostu nie ma prawa zaistnieć, a po słowach Mnicha z pewnością nie tylko my będziemy osamotnienu w tym twierdzeniu.
A nawet jeśliby takowe życie zaistniało, dlaczego miałoby rozwinąć lepszą technologię niżli my? Kolejny nikły rachunek prawdopodobieństwa.
Raczej "wziełeś podeszłeś".
ja apeluje, panie Radku, bys nie bezczescil swoim nickiem nad avatarem najpiekniejszych bajek. Badz pewien, ze kiedy dobierzesz sie do muminkow, znajdziesz w swoim lozku konska glowe.
a po trzecie :http://nastolatkowie.com.pl/topics34/druga-ziemia-vt2308.htm
tam znajdziesz wiekszosc argumentow- zarwono tych racjonalnych, jak i wyssanych z palca
Co do ufo myślę, że jest to trochę prawdopodobne ale nie można tym sie tak podniecać. Wszechświat (ogólnie zwany nieskończonym- co nie jestem w stanie sobie wyobrazić) ma miliony, tryliony, itd. planet i rożnych takich. jest bardzo prawdopodobne ze gdzieś moze być jakieś życie.
W porównaniu do UFO (o ile coś takiego jest)sądzę ,że Ziemia jest w prahistorii lub w czasie kamienia łupanego. O Ziemi zaczynamy wiedzieć trochę więcej ale o wszechświecie nie wiemy nic.
Heh ktoś mi kiedyś opowiadał, że oglądał taki program i w nim leciało, że kosmici wysyłają na ziemie takie małe czujniki czy coś, które rejestrują nasze poczynania. Te owe aparaty nie są uchwytne ludzkim wzrokiem (tak szybko się poruszają). Wykryte zostały w ten sposób, że na jakieś przyjęcie zostało nagrane i tam ktoś wypatrzył owy obiekt. Ponoć jak czujemy się obserwowani a nie wiemy przez kogo to właśnie przez owe obiekty-)
hehe-)
[ Dodano: Czw Lip 05, 2007 23:02 ]
aA ciekawa jestem co o tym sądzicie-)
_________________ Są dwa słowa dla duszy jak wrzątek dwa te słowa to koniec i początek Pierwsze weschnienie miłości to ostatnie weschnienie rozumu
Arthur "Art" Bell to autor programu radiowego "Coast-to-Coast AM" - "nocnych rozmów", które to nadawane są z Pahrump, Nevada, małego miasteczka blisko obszaru Strefy 51. Program, a w zasadzie fragment transmisji, o której chcę tu powiedzieć nadawany był ze studio w Pahrump do kwater sieciowych przez satelitę GE-1. Około 1 nad ranem, w piątek, 12 września 1997 roku. Autor programu przeznaczył jedną linię dla pracowników strefy 51 aby dzwonili i dzielili się ciekawymi informacjami. Odebrano wiele interesujących telefonów, po czym miał miejsce jeden dziwny i przerażający telefon od bez wątpienia przerażonego i zterroryzowanego mężczyzny, który przedstawił się jako dawny pracownik strefy 51, niedawno zwolniony z powodów "medycznych". Mężczyzna powołując się na złowrogie pozaziemskie istoty w strefie 51 mówił o nieuchronnie zbliżającej się katastrofe poczas której rząd, który o wszystkim wie, ma zamiar "zniszczyć"/"ograniczyć" główne centra populacyjne (miasta)?
W połowie tej rozmowy czujnik satelity, który pozwala jej utrzymać łączność z Ziemią zawiódł a sama satelita zmieniła wysokość, tak, że wszystkie połączenia zostały zerwane, co spowodowało, że 50 kanałów zostało wyłączonych na około 30 minut. Krótko po tym kiedy nastąpiła ta awaria zawiodła również transmisja internetowa przeprowadzana na żywo ze studia Art Bell.
Niespodziewający się niczego, Bell kontynuował rozmowę z dzwoniącym przez następną minutę zanim nie usłyszał krzyku i rozmowa nie została przerwana. Minuty później Bell odebrał telefon za pośrednictwem analogowej linii z centrum sieciowego i poinformowano go, że jest "odcięty". Bell sprawdził transmiter i odkrył że ten całkowicie stracił kontakt z satelitą komunikacyjnym GE-1. W tym miejscu transmisję wznowiono na cyfrowej telefonicznej linii 56k i wrócono do programu "na żywo".
Jednym z pierwszych dzwoniących po tym incydencie był ktoś, kto przedstawił się jako członek ochrony strefy 51. Powiedział, że do jego zadań należy "zamykanie dziur" a sieć została "zimpulsowana" i przez to nie mogliśmy transmitować na żywo części rozmowy z poprzednim wystraszonym mężczyzną.
(EMP - impuls elektromagnetyczny, metoda która pozwala "przeciążyć" sprzęt elektroniczny, generatory EMP zostały odkryte w obszarze strefy 51).
Następne telefony: dzwoni mężczyzna z Kingston (blisko obszaru strefy 51) i mówi, że już miał wchodzić na antenę kiedy jego obie telefoniczne linie padły. Kolejny słuchacz "Inżynier RF" z centrum lotów kosmicznych w Tucson stwierdził, że jego komputer osobisty i kamera cyfrowa zostały kompletnie wyczyszczone z danych. Inny słuchacz z kolei sugerował, że przy użuciu systemu anten HAARP satelita został uszkodzony lub wyłączony chwilowo przez co nie mogliśmy wcześniej nadawać. Dziwnych telefonów od przeróżnych osób nie było końca.
Co zdarzyło się tego dnia w Pahrump!? Tego nie wie nikt, temat jest raczej ciężko dostępny w sieci a żeby odnaleźć to nagranie musiałem się trochę nagimanstykować... Ale mam je! Posłuchajcie tego sami, poniżej zapis rozmowy dla lepszego zrozumienia.
Oto oryginalny zapis rozmowy "dziwnego wystraszonego mężczyzny"
Art Bell: On my Area 51 line, you're on the air, hello.
Rozmówca: Hello, Art?
Art Bell: Yes
Rozmówca: I don't have a whole lot of time.
Art Bell: Well, look, let's begin by finding out if you're using this line properly or not.
Rozmówca: OK, in Area 51?
Art Bell: Yes. Are you an employee or are you now?
Rozmówca: I'm a former employee. I, I was let go on a medical discharge about a week ago and, and... I kind of been running across the country. Damn, I don't know where to start, they're, they're gonna, they'll triangulate on this position really soon.
Art Bell: So you can't spend a lot of time on the phone, so give us something quick.
Rozmówca: OK, um, um, OK, what we're thinking of as aliens, Art, they're extradimensional beings, that, an earlier precursor of the space program they made contact with. They are not what they claim to be. They've infiltrated a lot of aspects of, of, of the military establishment, particularly the Area 51.
The disasters that are coming, they, the military, I'm sorry, the government knows about them. And there's a lot of safe areas in this world that they could begin moving the population to now, Art.
Art Bell: So they're not doing, not doing anything.
Rozmówca: They are not. They want those major population centers wiped out so that the few that are left will be more easily controllable...
Art Bell: ...discharged...
Rozmówca [problemy z transmisją]: I say we g ...
[W tym miejscu linia jest martwa przez 25 sekund, puszczona muzyka i powtórka rozmowy z Markiem Fuhrmanem]
[godzina 2:29:43] Art Bell: We are now on a backup system....The entire transmitting system went down...
Tłumaczenie rozmowy:
Art Bell: Na linii Strefa 51, jesteś już w eterze, witaj.
Rozmówca: Witaj, Arthur
Art Bell: Tak.
Rozmówca: Nie mam zbyt wiele czasu.
Art Bell: Dobrze, zobaczymy, zacznijmy od tego, czy używasz tej linii właściwie, czy nie.
Rozmówca: Ok, w Strefie 51?
Art Bell: Tak. Czy byłeś pracownikiem lub jesteś nim obecnie?
Rozmówca: Jestem byłym pracownikiem. Pozwolono mi odejść na zwolnienie lekarskie gdzieś z tydzień temu i... i... jestem typem człowieka jeżdżącego po całym kraju. Do diabła, nie wiem, gdzie zaczynają, gdzie są, gdzie skończą, oni naprawdę niedługo na tej pozycji dokonają pomiarów triangulacyjnych.
Art Bell: Wobec tego nie możesz zbyt długo siedzieć przy telefonie, więc opowiedz nam coś szybko.
Rozmówca: Dobrze, hmm, hmm, dobrze, wydaje nam się, że to są obcy, Arturze, istoty międzywymiarowe, to, prekursorzy programu kosmicznego, w sprawie którego się kontaktują. Oni nie są tym, czym twierdzą, że są. Oni przeniknęli przez... przez... przez wiele aspektów instytucji wojskowych, szczególnie Strefy 51.
Katastrofy, które się zdarzają, oni, wojsko... przepraszam... rząd wie o nich. I jest wiele bezpiecznych terenów na tym świecie, do których oni mogliby już teraz zacząć przenosić ludność, Arturze...
Art Bell: Ale tego nie robią, nie robią nic.
Rozmówca: Oni nie. Oni chcieli te ośrodki zlikwidować, ażeby móc łatwiej kontrolować kilka tych, które by zostały...
Art Bell: ...pozostawione...
[problemy z transmisją]
Rozmówca: Powiedziałem, że my [tu rozmowa się urywa, pół minuty ciszy, potem leci powtórka rozmowy z Markiem Fuhrmanem, znowu jakieś problemy techniczne]
[godzina 2:29:43] Art Bell: Uruchomiliśmy zapasowy system... cała transmisja się urwała...
W latach 1937-1938 chiński archeolog Czi Pu Tei [Chi Pu Tei], jako członek ekspedycji badawczej odkrył w jaskiniach górskich zwanych Baian Kara Ula, na pograniczu chińsko-tybetańskim, kilka grobów szeregowych. Znajdowały się w nich drobne szkielety istot o filigranowej postaci i stosunkowo dużych w porównaniu z budową całego ciała, wydłużonych czaszkach. Na podstawie badań szkieletów określono ich wiek na około 12 tysięcy lat. Uczestniczący w wyprawie etnografowie skojarzyli natychmiast nagłe odkrycie z pradawnymi podaniami krążącymi w tej okolicy. Mówiły one o dwóch karłowatych plemionach, które starały się za wszelką cenę unikać kontaktu z ludźmi i nigdy nie opuszczały regionu, w którym osiadły. Chińscy naukowcy stwierdzili, że są to szkielety wymarłych plemion Dropa i Kham (Sikang), które ponoć osiągały maksymalnie 1,30 metra wzrostu. Na ścianach grobowych jaskiń kryjących szkielety znajdowały się również osobliwe ryty i malowidła naskalne, przedstawiające istoty w czymś w rodzaju hełmów na głowach oraz obcisłych kombinezonach opatrzonych kilkoma rzędami pasów. Obok widniały liczne wizerunki planet, Słońca i Księżyca, połączone ze sobą wiązkami wykropkowanych linii. Pozwolę sobie od razu zauważyć, iż zaznaczonych było tam wszystkie dziewięć planet naszego układu, co jest kolejnym dowodem zadającym kłam twierdzeniom, iż w starożytności nie znano planet położonych za Saturnem. Podobne wizerunki widnieją w rejonie Kohistanu w południowym Hindukuszu w Afganistanie, tam Ziemia jest połączona wykropkowaną linią z Wenus. Nikomu choć trochę obeznanemu z tematem UFO nie muszą tłumaczyć, jak silne budzi to skojarzenia z mapą, którą Obcy przedstawili uprowadzonej wraz z mężem Betty Hill, a której przypadek jest jednym z najbardziej znanych i spektakularnych przypadków porwań przez istoty pozaziemskie. Według słów Betty linie na tamtym planie, łączące poszczególne punkty oznaczały trasy komunikacyjne. Czyżbyśmy mieli do czynienia z takim przypadkiem w Baian Kara Ula? Czy zaznaczone szlaki mogą obrazować trasę, którą istoty z Kosmosu przybyły na Ziemię? To, co przedstawię poniżej pozwoli, mam nadzieję, uprawdopodobnić tą teorię. Mity mówiące o tajemniczym plemieniu Dropa, które doczekały się pierwszego poważnego opracowania przez badaczy dopiero w 1962 roku (między innymi prace profesora Tsum Um Nui), wspominają jednoznacznie o rodzie "małych żółtych ludzi", jacy w zamierzchłej przeszłości mieli "przybyć wprost z chmur na ziemię". Cóż, takie wzmianki mogą być jeszcze łatwo zdyskredytowane... Archeologom pracującym w Baian Kara Ula udało się jednak wydobyć coś, co jest w całym odkryciu najbardziej sensacyjne - 716 granitowych "talerzy" o grubości dwóch centymetrów każdy. Miały one pośrodku otwór, od którego odbiegał podwójny rowkowany ciąg znaków. Jeśli wierzyć inskrypcjom zawartym na ścianach jaskiń grobowych, przedmioty te są albo pozaziemskiego pochodzenia, albo też przynajmniej wiążą się bezpośrednio z tajemniczymi przybyszami. Za tą śmiałą konkluzją świadczy bowiem nie tylko bezpośredni związek "talerzy" ze szkieletami, lecz także wiele innych faktów... Kamienny talerz (zdjęcie 1) Kamienny talerz (zdjęcie 2) Kamienny talerz (zdjęcie 3) Prace nad granitowymi "talerzami" prowadził w owym okresie wspomniany już wyżej profesor Akademii Historii Dawnej w Pekinie - Tsum Um Nui. W owym czasie robiono wszystko, by wyjaśnić tajemnicę niezwykłego znaleziska. W 1962 stosunki Chin ze Związkiem Radzieckim były jeszcze niczym nie zmącone, oba kraje zdecydowały się więc współpracować. Umożliwiło to, po dokładnym oczyszczeniu , przesłanie krążków do Akademii Nauk w Moskwie, gdzie poddano kamienne relikty dokładnym badaniom. Rezultaty okazały się bardzo zaskakujące - archeologowie we współpracy z geologami odkryli, że skład owych "talerzy" charakteryzuje się wysoką zawartością kobaltu oraz domieszek innych metali, co już samo w sobie jest dziwne jeśli chodzi o granit. Ale na tym nie koniec - badania oscylografem wykazały, iż każdy z talerzy posiadał niezwykle wysoki rytm drgań, co świadczy o tym, iż kiedyś były nastawione na działanie prądu o bardzo wysokim napięciu. W 1962 profesorowi Tsum Um Nui udało się odcyfrować niektóre ze znaków wyrytych na płytach, co wywołało jeszcze większą sensacje. Odczytana relacja była na tyle niezwykła, że początkowo wręcz całkowicie zabroniono publikacji na ten temat. Tsum Um Nui nie poddał się jednak i dalej prowadził swe badania. Jego teorie poparło kolejnych 4 chińskich archeologów i wyniki jego badań zostały wreszcie opublikowane w tym samym 1962 roku. Już sam jej tytuł mógł wzbudzać liczne głosy sprzeciwu i nic w tym dziwnego, skoro brzmiał on: "Inskrypcje związane ze statkami kosmicznymi sprzed 12000 lat." Przyznać należy szczerze, że treść samej pracy jest nieporównywalnie bardziej niesamowita, niż jej tytuł. Czytamy w niej między innymi: "Dropa przybyli z chmur w unoszących się aparatach. Po dziesięciokroć do wschodu słońca kryli się nasi mężczyźni, kobiety i dzieci w jaskiniach [...]. Potem zrozumieliśmy wreszcie z gestów i znaków dawanych przez Dropa, że nie zamierzają nam uczynić nic złego." Schemat konstrukcji 'talerzy' Jednakże nie dane było całej sprawie uzyskać jakiegoś szerszego rozgłosu. Silny opór środowisk naukowych, a przede wszystkim rewolucja kulturalna spowodowały, iż profesor Tsum Um Nui zdecydował się uciekać z Chin do Japonii, gdzie ponownie opublikował swą pracę, jednak i tutaj nie spotkała się ona z cieplejszym przyjęciem. Zniechęcony badacz jednej z najniezwyklejszych historii w dziejach ludzkości coraz rzadziej udzielał się publicznie próbując wciąż wzbudzić zainteresowanie swoimi odkryciami, lecz zmarł po ciężkiej chorobie w roku 1965. Tymczasem chińscy oponenci profesora robili wszystko, by zdyskredytować jego pracę. Oficjalnie uznano, iż odkryte przez Chi Pu Tei szkielety są szkieletami wymarłego gatunku małp. Cóż, byłby to pierwszy na świecie przypadek, gdzie małpy dokonały pochówku zmarłych członków stada w grobach szeregowych, wyposażając swych martwych, małpich kolegów w kamienne "talerze", wykonane w niewiadomy sposób a przy tym zawierające historię przybyszów z kosmosu. Zaiste, inteligentne musiały by to być małpiszony... Kolejną rzeczą przeciw tej tezie jest fakt, że badania szkieletów jednoznacznie wykazują, iż nie ma tu mowy o jakichkolwiek małpach. Kościec bowiem jest wyjątkowo delikatny, wątły, co zupełnie nie przystaje do masywnej budowy kości małp człekokształtnych, podobnie zresztą jak nieproporcjonalnie duże czaszki, które nie są z cała pewnością cechą charakterystyczną dla małp. Absurdalność takiego wytłumaczenia nie wymaga więc, jak sądzę, szerszego komentarza. Co gorsza poza przeciwnikami samego profesora Um Nui, również czynniki oficjalne zaczęły zaprzeczać nie tylko niezwykłości znaleziska, ale wręcz jego istnieniu. Na szczęście śmierć Tsum Um Nui nie spowodowała całkowitego odejścia w zapomnienie jego pracy. Kontynuowano ją bowiem w dalszym ciągu w ZSRR, gdzie historia Baian Kara Ula zyskała szeroki rozgłos po publikacji w miesięczniku popularnonaukowym "Sputnik". Światowej sławy filolog białoruskiej akademii w Mińsku, dr Wiaczysław Zajcew, przedstawił fragmenty tekstów zapisanych na granitowych krążkach. Dzięki temu artykułowi sprawa ta stała się wreszcie przedmiotem zainteresowania również na Zachodzie. W artykule tym możemy przeczytać, iż przed 12 tysiącami lat grupka przedstawicieli ludu, z którego wywodzą się autorzy tablic znalazła się na trzeciej planecie układu gwiezdnego. Ich "pojazdy powietrzne" nie miały jednak dość mocy, by opuścić ten świat. W skutek tego uległy one zniszczeniu w wysokich górach a środków i możliwości na budowę nowych na Ziemi nie było. Rozbitkowie próbowali nawiązać więc przyjazne stosunki z tubylcami, ci jednak poczęli na nich polować i zabijać organizując konne nagonki na budzących odrazę, opisywanych, jako wyjątkowo brzydkie istoty "Dropa". Czy doszło więc do całkowitej masakry, która zmiotła z powierzchni Ziemi owych przybyszów? Otóż wszystko wskazuje na to, że nie! Ostatnie zdanie z tekstu nad którym pracował Zajcew brzmi bowiem następująco: "Kobiety, dzieci i mężczyźni ukrywali się aż do wschodu słońca w jaskiniach. Potem zawierzyli znakom i zobaczyli, że mieszkańcy gór przybyli tym razem w pokojowych zamiarach..." Za faktem, że doszło do pojednania między Obcymi a rdzennymi, górskimi plemionami przemawia wiele dowodów. Po pierwsze, cześć tekstu jest napisana w sposób, w którym narratorem są zwykli ludzie, początkowo bardzo przerażeni przybyciem kosmitów. Po drugie w grobach szeregowych odnaleziono również szkielety o normalnym wzroście - były to ludzkie szkielety. Sprawą Baian Kara Ula interesował się wówczas również angielski badacz Karyl Robin-Evans. Według jego zapisków co najmniej jeden z "talerzy" znalazł się w roku 1945 w Indiach, gdzie zwrócił na niego uwagę profesor Sergei Lolladoff, pełniący w tym czasie służbę wojskową w północno indyjskim Mussorie. Lolladoff kupił ową kamienną tarczę za 60 funtów. Artefakt miał średnicę 22,9 cm i 5 cm grubości, ważył 13,5 kg. Nie bardzo to pasuje do naszych dotychczasowych informacji o wymiarach artefaktów, jednak najprawdopodobniej było to kilka zlepionych ze sobą "talerzy", jeszcze nie oczyszczonych, tak jak te badane w Moskwie i Chinach. Przedmiot nabyty przez Lolladof'a miał ponoć pierwotnie należeć do plemienia Dzopa, którym służył przy obrządkach religijnych. Po powrocie do Anglii, Loladoff wspólnie z drem Robinem-Evansem przeprowadzili kilka eksperymentów, które czynią kamienne "talerze" jeszcze bardziej niezwykłymi. Otóż artefaktu nie udało się przewiercić nawet przy użyciu wiertła diamentowego! Jeszcze bardziej niezwykłe okazały się rezultaty pomiarów wagowych znaleziska... Ciężar cyklicznie (w rytmie trzy i półgodzinnym) zwiększał się i zmniejszał a podczas dwudziestoczterogodzinnego cyklu tego typu doświadczeń, igła rejestratora określająca wagę "talerza" wykreśliła linię dokładnie falistą, co wedle znanych nam prawideł fizyki powinno być absolutnie wykluczone! Po publikacji swych prac z Robinem-Evansem skontaktowali się rosyjscy badacze, którzy przekazali Anglikowi informacje o naskalnych wizerunkach tychże krążków. Pochodzić one miały od plemienia wykazującego wyraźną degenerację fizyczną, i - co w tym wszystkim najciekawsze - którego członków nie można odwieść od przekonania, iż są wprost potomkami istot z kosmosu. Co mógł w tej sytuacji zrobić dociekliwy badacz ? Oczywiście udać się we wskazane miejsce... Do ojczyzny Dzopów dr Robin-Evans dotarł przez Lashę, Tybet w połowie lat 40-tych nie był bowiem jeszcze zaanektowany przez Chiny. Plemię to miało mieszkać na granicy prowincji Cinghaj i Syczuan. Anglik dotrzeć tam musiał samotnie, gdyż ku jego zaskoczeniu przewodnicy i tragarze odmówili zbliżania się do "budzącej grozę krainy Dzopów". O dziwo plemię naprawdę istniało! Przyjęło przybysza z początku nieufnie, lecz badacz szybko zdołał przekonać tubylców, iż nie ma wobec nich złych zamiarów. Przydzielono mu nawet nauczycielkę języka Dzopów. Dzięki tej wyprawie i kontaktom z Dzopami dr Karyl Robin-Evans dowiedział się kolejnych zaskakujących rzeczy. Otóż praojczyzną Obcych był rzekomo układ Syriusza. Przed tysiącami lat wielokrotnie odbywali oni ekspedycje badające swój macierzysty układ słoneczny. Okazało się, iż mogą zamieszkać na jednym z dwóch księżyców swej planety, jednakże pomiędzy mieszkańcami księżyca, a ciągle nowymi przybyszami z planety doszło do wojny, która zakończyła się całkowitym wyniszczeniem tegoż satelity. Dopiero wówczas mieszkańcy układu Syriusza podjęli wyprawy do innych układów gwiezdnych. Jak podają kamienne "talerze": "Zaplanowano 20 wypraw. Jeden ze statków z Syriusza odwiedził dwanaście różnych planet, ale nie natknęli się na żadne formy życia. Zamieszkana była dopiero planeta trzynasta, a trzecia w swoim układzie słonecznym." My dobrze już wiemy, co to za planeta - to była Ziemia ! Tak więc na błękitną planetę przybyła wyprawa Obcych z Syriusza. Być może to także od nich afrykańskie plemię Dogonów zaczerpnęło swą niezwykła wręcz wiedzę na temat tej właśnie gwiazdy ? W końcu mieszkańcy tamtego układu powinni być w tych sprawach najlepiej zorientowani... Jednak zanim przejdziemy dalej wypada tutaj wyjaśnić kwestię związaną z nazwą samego plemienia. Utożsamianie ze sobą ludów Dropa i Dzopa opiera się bowiem nie tylko na podobieństwie obu określeń. Sprawę tą wyjaśnia dogłębnie w swej książce: "Zadziwiające odkrycia tajemnic legendarnego ludu Tybetu" sam Robin-Evans. We "Wskazówkach wymowy" pisze, iż określenie Dzopa, a raczej Tsopa jest sposobem wymowy nazwy Dropa. Stąd pochodzą różnice: badacze chińscy i radzieccy dysponowali jedynie źródłami pisanymi i dlatego nie umieli właściwie odczytać nazwy plemienia. Kontynuujmy więc naszą opowieść... Przekazy samych Dzopów (zarówno te pisane, jak i ustne) mówią, iż przybysze powrócili w końcu na ojczystą planetę. Tamtejsi decydenci dowiedzieli się jednak, że członkowie załogi spłodzili i zostawili na Ziemi potomstwo. Przygotowano więc drugą wyprawę, która skończyła się niestety katastrofą. Obcy utracili kontrolę nad statkiem kosmicznym, który rozbił się w rejonie gór Bajan Char i uległ całkowitemu zniszczeniu. Większa cześć załogi zginęła, albo była ciężko ranna. Niedobitki z trudem utrzymywały się przy życiu. I w tym momencie opowieść ta zbiega się idealnie z historią odczytaną w Chinach! W pięć lat po przybyciu, w wyniku dziesiątkowania przybyszów przez miejscową ludność, żyło już tylko trzydzieści rodzin astronautów z Syriusza. Nie mając możliwości ucieczki z Ziemi i utraciwszy w katastrofie większość zaawansowanych technicznych narzędzi żyli w najprymitywniejszych warunkach, starając się przeżyć i udokumentować swój los na kamiennych płytach i naskalnych malowidłach. Więcej Robin-Evans nie zdołał się dowiedzieć. Odmówił poślubienia swojej nauczycielki, która zaszła z nim w ciążę i został zmuszony do opuszczenia wioski. Notatki zostały zaś opublikowane na długo po jego śmierci, bo dopiero w roku 1978. Zdjęcie Huaejpah-La i Veed-La, członków plemienia Dropów Tymczasem w Chinach wygasała rewolucja kulturalna i w 1974 po raz pierwszy przyznano, iż kamienne artefakty nie są żadnym mitem i dopuszczono do nich austriackiego inżyniera Ernsta Wegerera. Było to dość dziwne, gdyż jeszcze zaledwie dwa lata wcześniej na pytania innego badacza Petera Krassa odpowiadano nieustannie: "Nie wiemy nic...". Na dwa kamienne dyski Wegerer trafił wraz z żoną w Muzeum Banpo. Początkowo sądził, iż są one wykonane z marmuru. Miały po 28 i 30 cm średnicy, ponad 1 cm grubości i były pokryte pismem rowkowym rozchodzącym się spiralnie od otworu w środku "talerza". Odpowiada to mniej więcej pozostałym opisom artefaktów ludu Dropa. Tymczasem nikt w muzeum nie był w stanie wytłumaczyć czym są oba znaleziska. Jako, że Muzeum Banpo wystawia tylko eksponaty gliniane sugerowano, iż eksponaty są wykonane właśnie z gliny. Jednakże Wegerer stanowczo temu zaprzecza. Jest pewien, iż przedmioty są wykonane z kamienia i ważą po co najmniej kilogram. Kiedy jednak w1994 roku Peter Krass i Hartwig Hausdorf odwiedzili muzeum opisywane przez Wegerera, po kamiennych "talerzach" nie było już ani śladu ! Jedynymi świadectwami prawdziwości znaleziska pozostały cztery zdjęcia wykonane przez Weregera. Niemcy trafili natomiast na gliniane kopie artefaktów. Odwzorowano nawet pismo rowkowe rozchodzące się łukowato od otworu na środku ku brzegowi krążka. Po oryginałach wszelki ślad zaginął. Bardzo ciekawy jest fakt, ze pierwowzór "talerzy" z pogranicza Chin i Tybetu stał się w innych krajach przedmiotem kultu i replik w postaci jadeitowych płyt średnicy 7 - 16,5 cm, z otworem w środku i ząbkowanych brzegach. Wisiały one pionowo w licznych pałacach chińskich dostojników i cesarzy dynastii Szang na dwudziestocentymetrowych obeliskach. Zamieszania spowodowanego przez zdjęcia tajemniczych kamiennych płyt nie da się już wyciszyć. Pozostaje mieć nadzieję, iż w Chinach podejmie się działania, które pozwolą ujawnić skrzętnie ukrywane dowody na rzeczywiste istnienie znaleziska w jaskiniach Baian Kura Ula. Państwo Wegerer prezentują swoje zdjęcia talerzy Gliniana kopia z Muzeum Banpo Jadeitowa replika 'talerza' Istnieją jednakże inne dowody prawdziwości przekazów z gór Bajan Char, które, o dziwo, można odnaleźć w... Meksyku! Powszechnie znanym jest fakt, iż słynne olmeckie "głowy" które tam można spotkać, są wizerunkami ludzi wywodzących się z Afryki. Niewielu natomiast wie, iż znajdziemy tam również oblicza ludzi rasy mongoidalnej - ze skośnymi oczyma i spiczastymi bródkami. A już na pewno niewielu wie o odkryciach Williama Nivena, którego zapiski opublikował James Churchward znany ze swej kontrowersyjnej teorii o istnieniu w prehistorii kontynentu Mu, co - na marginesie - znajduje swe potwierdzenie w pracy Josepha Blumricha pod tytułem: "Kassakara i siedem światów", będącej zapisem legend Indian Hopi uznających się w prostej linii za potomków Majów. Odkryciom Nivena Churchward poświęcił swą książkę "Druga księga kosmicznych sił zbrojnych Mu". Tytuł zabawny, ale to, o czym praca ta traktuje dalekie jest od żartu. Niven prowadził prace wykopaliskowe na terenie około 2 tysięcy mil kwadratowych na Wyżynie Meksykańskiej pomiędzy Tecoco i Haleupantla. Odkrył tam tysiące grobów, większość okradzionych już w III wieku naszej ery, a także splądrowanych przez Azteków w czasie budowy Tenochtitlan. Skłoniło to Nivena do znacznego ograniczenie regionu wykopalisk. W dolinie rzeki archeolog trafił na tysiące glinianych figurek przedstawiających ponad wszelką wątpliwość przedstawicieli rasy mongoidalnej. Czy nie przypomina to sławnych "Terakotowych Armii" odkrytych w Chinach ? Znalezisko naprawdę niezwykłe jest jednak jeszcze przed nami. Mianowicie w kopalni gliny między San Miguel Maantla a Haluepantla, 10 metrów pod ziemią, gdzie znaleziono figurki "małych Chińczyków" Niven trafił na pomieszczenie mające około 4 metrów kwadratowych, pod podłogą którego znajdował się szkielet mężczyzny mającego niecałe półtora metra wzrostu. Jego budowa wykazywała niezwykłe cechy anatomiczne - szkielet miał bowiem bardzo długie ręce sięgające do kolan oraz duża czaszkę wykazująca mocno cechy mongoidalne. Na jego szyi znajdował się zaś naszyjnik z zielonego jadeitu - minerału nie występującego w Meksyku! Dla Nivena dowody te świadczą jednoznacznie, iż w przeszłości dziwni "mali Chińczycy" przebyli ocean docierając do Meksyku. My wiemy oczywiście jak nazwać tych "Chińczyków" - byli to przedstawiciele ludu Dropa. Co więcej, rzekomy książę Majów odkryty w Palenque również miał na sobie ozdoby z jadeitu, zielonego jadeitu, który nie występuje w Meksyku, jest za to popularny w Chinach, gdzie od niepamiętnych czasów jest symbolem boskości. Wiek szkieletu Niven określił na 16 tysięcy lat, tymczasem, szkielety z Baian Kara Ula datowane są na 12 tysięcy lat. O czym to świadczy ? Przypomnijmy sobie fakt, iż szkielety odkryte w Chinach są szczątkami uczestników drugiej wyprawy i że pierwsza wizyta gości z Syriusza miała miejsce o wiele wcześniej! Czy to koniec dowodów? Oczywiście, że nie... Są bowiem jeszcze piramidy! A konkretnie kompleks piramid w Mao Ling. Budowle te architektonicznie są naprawdę niezwykłe, niektóre są dokładnym odbiciem łamanych piramid z Meksyku właśnie, niektóre zaś niemal idealnymi kopiami piramidy słońca z Teotihuacan, a jeszcze inne są odbiciem egipskiej piramidy schodkowej w Sakkarze! Meksyk, Egipt, Dogonowie, Chiny... To wszystko wskazuje jednoznacznie na to, iż pierwsza wyprawa Obcych z Syriusza objęła swoim zasięgiem cała naszą planetę... Gliniane figurki ludzi [?] rasy mongoidalnej z wydłużonymi czaszkami odnalezione w Meksyku (zdjęcie 1) Gliniane figurki ludzi [?] rasy mongoidalnej z wydłużonymi czaszkami odnalezione w Meksyku (zdjęcie 2) Chiński odpowiednik piramidy z Sakkara Chińska replika piramidy słońca z Teotihuacan 3 listopada 1995 jeden z najżarliwszych zwolenników teorii Baian Kara Ula wziął udział w talk show w telewizji RTL. Był to sam Hartwig Hausdorf a przedstawiał oczywiście sprawę kamiennych tarcz z Bajan Char. Przedstawił on następujące oświadczenie: "Wedle dzisiejszego stanu wiedzy można dojść do tego, że w górzystym regionie centralnych Chin JESZCZE DZIŚ żyją niezwykle mali potomkowie domniemanych rozbitków z Kosmosu." Po tej uwadze, natychmiast rozpętała się burza. Krzyczano, że owa sprawa została zamknięta już w latach 70-tych, a jedyne informacje o plemieniu karłów żyjącym w Chinach pochodzą z lat 40-tych i już się nigdy nie pojawiły. Tymczasem nie dalej jak rok później z Chin napłynęła depesza informacyjna następującej treści: "Wieś karłów - winne zanieczyszczenie środowiska? Wieś w chińskiej prowincji Syczuan. Pośród ryżowych pól i bambusowych zagajników stoją niezwykle małe domy. Wieś karłów. Mieszka tu 120 mężczyzn i kobiet wraz z dziećmi. Wiele z nich nie osiąga nawet 115 cm wzrostu. Najniższy dorosły osobnik ma tylko 63,5 cm. Zbudowali swoje domy tak, jakby to były domy dla lalek. Mają maleńkie drzwi, małe stopnie schodów. Krótkie łóżka. Jeżdżą wyłącznie na dziecinnych rowerkach. Wieś karłów stanowi zagadkę dla specjalistów. Statystyka twierdzi bowiem, że tylko jedno dziecko na 20000 narodzin przychodzi na świat z genetycznymi zahamowaniami wzrostu. Naukowcy, którzy byli w wiosce, uważają, że za karłowaty wzrost odpowiedzialne jest zanieczyszczenie środowiska, na przykład szkodliwe spaliny , zanieczyszczona chemicznie woda do picia. Ale może wzrost jest hamowany przez jakiś szczególny gen [...]". Czy to naprawdę Dropowie / Dzopowie ? Zastanówmy się chwilę nad podawanymi wytłumaczeniami karłowatości mieszkańców wioski. Z miejsca można wykluczyć czynnik przypadku wynoszący 1:20000. Liczba zer potrzebnych dla wyrażenia prawdopodobieństwa przypadku u wszystkich mieszkańców wioski zapełniłaby bowiem sporej objętości książkę. Podobnie można wykluczyć kwestię zanieczyszczenia. Wioska leży w górach, w odległości 200 kilometrów na południe od Czengtu - najbliższego dużego ośrodka przemysłowego. Bezpośrednia okolica wioski to zaś teren rolniczy pozbawiony zakładów przemysłowych, a samochody to tu nieznany luksus. Wioska leży w dolinie u podnóży gór Bajan Char, gdzie Dzopowie mieszkali w czasie pobytu u nich Robina-Evansa. Być może to, że zdecydowali się zejść niżej przyczyniło się do ich nagłego 'odkrycia'. Pojawienie się karłów w o wiele gęściej zaludnionym terenie musiało więc wywołać sensację... Co ciekawe Chińczycy nie dementują samego istnienia wioski karłów, jednakże wszelkie próby dotarcia do niej są skutecznie blokowane przez władze. Cały teren sąsiadujący z wioską jest także szczelnie zamknięty dla obcokrajowców. Ale - faktem są kamienne płyty zawierające historię przybyszów z kosmosu, faktem jest istnienie po dziś dzień potomków Obcych, faktem jest też to, że przed 12 tysiącami lat doszło do "chińskiego Roswell"... I nie zmieni tego dalsza negacja, tuszowanie sprawy, nawet jeśli wymrą ostatni potomkowie gości z Syriusza, a nam nie pozwoli się poznać całej prawdy o ich niezwykłej historii.
Pomógł: 13 razy Wiek: 18 Dołączył: 18 Maj 2007 Posty: 1379 Skąd: Trn
Wysłany: Czw Lip 19, 2007 13:28
Dakar ta rozmowa... slucham i musze powiedziec, ze to strasznie dziwne. Nie wiem jeszcze do konca o co chodzi. Moze to pracownicy strefy 51 nie chcieli zeby informacje na temat UFO wyszly na swiat? W jaki sposob odlaczali rozmowce? Kim w ogóle byl ten zdesperowany, na pewno wystraszony czlowiek? O nie za duzo pytan... To dziwne...
_________________ nastolatkowie.com.pl - Dramat, Romans i Komedia.
Użytkowniku: nie sraj do własnego talerza, używaj opcji SZUKAJ.
Dlaczego myslicie, ze beda wygladali jak ludzie??!! Beda mowic,sluchac ,myslec;/
Moze to bedzie zupelnie co innego, inaczej pojda w nauke,ale nam to ciezko pojac...
wierzymy w to, co widzielismy najczesciej, a ta cala strefa 51,, to mnie troche ciekawi ;]
bo jakby byly statki kosmitow, to czemu nie odgapimy od nich technologi??!! albo czemu nas nie zabija, albo dadza nam pomoc, surowce itp.
dziwne jest, że akurat kosmici są tak wysoce rozwinięci, żeby zaprzeczać grawitacji i niszczącemu czasowi potrzebnego na podróż przez Przestrzeń Kosmiczną. [...]dlaczego akurat oni mieliby mieć tak zaawansowaną technologię?[...]
Załóżmy, że w jednym momencie gdzieś w innej galaktyce powstała planeta podobna do naszej. Przecież rodzaju ludzkiego nie datuje się na początek powstania Ziemi. A gdyby na tej naszej domniemanej planecie jakieś organizmy (być może zbliżone nawet do nas) zaczęły ewoluować wcześniej i szybciej niż działo się to u nas? Dałoby im to przewagę tysięcy, a nawet milionów lat. Przez ten czas technologia może niewiarygodnie pójść na przód.
A czas? Idąc dalej tropem naszej ewolucji można stwierdzić, że średnia długość życia - od początków ludzkości - wydłuża się.
A teleportacja. Wprawdzie to brzmi trochę fantastycznie, ale trzeba nam wiedzieć, że Amerykanie przeteleportowali już jon beryl, a Austriacy jon wapnia. Co prawda były to strasznie małe odległości, ale to zawsze coś.
mnich napisał/a:
96 213 499 087 104
Na wielu pewnie ta liczba zrobiła wrażenie, ale nie na mnie, bo nijak ona się ma do pojęcia wszechświata.
Mimo twojego wywodu jestem cały czas za ewolucją. Być może kiedyś, gdy nazbieram więcej dowodów przerzucę się na "inniejszą wiarę". Ale możesz być zadowolony często będę wracał do tego posta. Ba! Nawet sobie go wydrukuję, bo uważam, że jest ciekawy
Eve napisał/a:
[ Dodano: Czw Lip 05, 2007 23:02 ]
aA ciekawa jestem co o tym sądzicie-)
Szczerze wątpię .
Dakar strasznie ciekawy artykuł o tym plemieniu Dropów. Nie mogłem się od niego oderwać i za to masz przechlapane, bo mnie strasznie oczy bolą.
_________________ Quem dies vidit veniens superbum, hunc dies vidit fugiens iacentem nowa era zarabiania
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
    Najlepsza rozrywka dla młodzieży w sieci!. Super włosy i fryzury tlyko u nas. Wybierz najlepszy telefon komórkowy, odtwarzacz mp4, prezent. Odchudzanie, jak szybko schudnąć?. Doładowania online, gry online. Najlepsze forum młodzieżowe w sieci. zarabianie przez internet, konkursy internetowe. gry, tapety, dzwonki na telefon, komórkę, java. Super muzyka, filmy, telefony za małe pieniądze. Młodzieżowe kosmetyki i uroda. Super ubrania, ciuchy, obuwie, buty. Załóż sobie forum, bloga. Wszystko dla nastolatków i młodzieży na naszym forum młodzieżowe .