Ze względu na poruszaną tematykę prosiłabym, aby opowiadanie czytali nieco starsi użytkownicy (minimalnie piętnastoletni). Dziękuję.
ROZDZIAŁ PIERWSZY: Koźliki
Lampa powoli dogasała. Światło zdawało się rozpływać w mroku, ale pozostała jeszcze maleńka iskierka. Nadzieja.
- Mamusiu, dlaczego ten płomyk nie może być zielony?
Siedząca obok łóżka niewysoka kobieta o miłych rysach twarzy delikatnie pogładziła zimną stal naftowej lampy.
- Mówisz o nim? – zapytała.
- Acha.
- Dlaczego chcesz, by był zielony?
- Ponieważ zielony to kolor nadziei.
Właściwie nie musiała pytać, dlaczego tak bardzo jej pragnął. Spojrzała jedynie bezradnie na jego jasną głowę przytuloną do poduszki. W tej chwili wpatrywał się intensywnie w niknące światło, jakby samym wzrokiem chciał zmienić jego kolor. Widziała wyraźnie, jak bardzo trzęsą mu się ramiona. Westchnęła.
Każdego wieczoru wpatrywali się razem w płomień lampy i za każdym razem pragnął czegoś innego. By płomyk był większy i by mocniej świecił. A teraz, by był zielony. Jak ich nadzieja, która zawsze była mała, blada i żółta.
Pogrążeni w cichym zamyśleniu zdawali się zadawać sobie te same pytania: Czy on powróci? Czy może ominie kuchnię, w której śpi chłopiec? Czy może w ogóle nie przyjdzie? Ostatnia myśl była aż nazbyt odważna, ale to właśnie ona była wielkim, zielonym płomieniem, tak bardzo nierealnym. Każdego wieczoru rozpaczliwie szukały go dwie pary oczu. Jedna pełna matczynej miłości, druga z trzęsącymi się ramionami.
Ta cicha rozpacz stawała się głośna, gdy ogień gasł i otwierały się drzwi. Nadzieja odchodziła wtedy do innego domu, do innej lampy i innego chłopca. Skrzypienie zawiasów, kilka ciężkich kroków, odór alkoholu. Pragnienie zniknięcia i świadomość bliskiego cierpienia. Wyrwanie z półsnu przez pociągnięcie za włosy.
Z kuchni niemalże każdej nocy słychać było krzyki, jęk i ciężki oddech. Przekleństwa, uderzenia i to, co słyszą jedynie matki gwałconych dzieci. Łamane uczucia.
Zawsze siedziała wtedy w drugiej izbie i płakała. Nie miała nawet siły stać w drzwiach. Czuła, jak szybko bije jej serce, którego nie była w stanie uspokoić żadna myśl ani wypowiedziane na głos słowa. Nic.
Przychodził i brał to, co – jak twierdził – należy mu się, bo jest jego krwią. Przedmiotem w ładnej oprawie, okazującym słodki strach i uległość. Czasami zdarzało mu się przewrócić stojącą na stoliku lampę. Gdy słyszał brzdęk, bił jeszcze mocniej, póki jego uszu nie dobiegł urzekający gruchot uderzających i podłogę żeber niedożywionego chłopca. I jego pokorne prośby o litość, które należało brutalnie zdeptać.
Czasami szedł też do swojej kobiety, ukrytej za ścianą i wycierającą łzy w kuchenny fartuch. Zwykle jednak zdejmowały go ojcowskie uczucia każące patrzeć na bezbronnie leżące na podłodze ciało stworzone z jego krwi. Wracał wtedy do alkoholu, by o nim zapomnieć.
Gdy wyszedł, matka przyniosła nową lampę i postawiła obok łóżka chłopca. Jego oddech zdradzający nie poddanie się uspokoił jej serce. Był najpiękniejszym darem. Był iskierką zapalającą światełko od nowa.
***
- On jest jak kaganek – powiedział rano chłopiec, gdy matka smarowała mu obolałe od siniaków plecy maścią. – Zawsze gasi światło.
Uśmiechnęła się smutno, wyczuwając pod palcami wykrzywione łopatki i wystające z tyłu żebra. Dorastał, a nadal otrzymywał dziecięce porcje. Wolała nie myśleć o tym, co będzie, gdy wzrośnie mu apetyt i będzie jadł za dwóch. Z westchnieniem obciągnęła mu na plecach koszulę.
- Tak, jest jak kaganek – przyznała.
- Mogę go tak nazywać?
Uśmiechnęła się w odpowiedzi i tak cuchnący mężczyzna, który co wieczór zabierał to, co uważał za swoja, został Kagankiem.
Chłopiec pożegnał się z matką i wyszedł do szkoły.
Koźliki były niewielką miejscowością położoną na wyżynach. Składało się na nią dwadzieścia jeden walących się gospodarstw, niewielki kościółek i zielona szopa, w której ktoś sprytnie poustawiał niepotrzebne nikomu deski, by choć przypominały szkolne ławki. Rodzice mieli bowiem nadzieję, że ich dzieci opuszczą to miejsce w poszukiwaniu godnego życia. Mieli zarazem świadomość, że ich pociechy nigdy nie powrócą i pozwolą na to, by ich karmiciele z dziecinnych lat sczeźli na obrośniętych chwastami koźlikowych polach. Mimo to życie biegło w tej wiosce leniwie i spokojnie, rodzice czekali na powolną śmierć, a dzieci chodziły do szkoły, by jej nie oglądać.
Jedno z nich właśnie omijało kałużę, niosąc pod pachą niewielką tabliczkę. Wysypany na drogę żwir nieprzyjemnie wchodził pod paznokcie bosych stóp.
Ajć.
Był jednym z niewielu dzieci, które chodziły do szkoły same. Nie, nie był popychadłem ani kozłem ofiarnym. Był po prostu... niedostrzegalny. Zdawało mu się, że znika w tłumie innych chłopców, nie zwracających na niego uwagi. Nie przeszkadzało mu to, jednak ciężko było siedzieć pod drzewem i liczyć chmury w czasie zabaw. Choć nie, wtedy to była jeszcze jakaś tam zabawa, liczenie. Gdy jednak niebo było zachmurzone, czuł się płaczliwie samotny.
Nauczycielem gromadki wyrastających już dzieci był wysoki, szczurowaty starzec o orlim nosie i koziej bródce. Zwykł przechadzać się pomiędzy prowizorycznymi ławkami dumnym krokiem, trzymając za plecami długą drewnianą linijkę, którą uderzał w blaty rozrabiających uczniów. Zawsze miał na twarzy uśmiech pełen satysfakcji, co niemiło kojarzyło się chłopcu z ojcem „na tuż przed”. Nauczyciel przypominał go również pod wieloma innymi względami. Gdy ktoś mu podpadł, łapał go za ucho i prowadził do największej, położonej na beczkach deski imitującej stół. Kazał mu oprzeć się o blat i położyć. Zdejmował ze ściany gruby, skórzany pas i uderzał, doprowadzając delikwenta do łez bólu i wstydu. Chłopiec nie mógł na to patrzeć, czując się tak, jakby drugi raz zapadł wieczór. Zasłaniał oczy, co nie podobało się nauczycielowi. Wmówił on mu, że nigdy nie wyrośnie na prawdziwego mężczyznę i jego żona będzie walczyć na wojnie, a on pozostanie w domu z gromadą rozwrzeszczanych bachorów. Chłopiec potakiwał jego słowom, nie chcąc narazić się na strasznie wyglądający stół. Był jedynym, któremu nie było dane wylać na niego łez.
Nie lubił kociego spojrzenia nauczyciela. Zawsze czuł wtedy ból w podbrzuszu, nadmiar powietrza i łaskotki przebiegające dreszczykiem od klatki piersiowej aż do kolan. Nogi stawały się ciężkie, jakby ołowiane, a on sam odczuwał silną potrzebę wybiegnięcia z szopy i wypróżnienia się. Powodowało to ogromne, czasami krwawe cierpienie, jednak on zdawał się nie poddawać. Odurzony paniką wyczekiwał jedynie końca zajęć. A koniec popołudniowego wieczoru był początkiem tego właściwego.
Tej nocy było jednak inaczej.
- Mamusiu, dlaczego płomień się pali? – zapytał, gdy wpatrywali się wraz z matką w stojącą obok jego łóżka świecę.
- Ponieważ go zapaliłam.
- Możesz go zgasić?
- Dlaczego miałabym to robić?
Nie musiała czekać na odpowiedź. Chłopiec wziął do ręki kaganek i zgasił ogień. Zarozumiała. Jego ojciec nie wróci na tę noc.
Była to jedna z niewielu, gdy mogli napić się ciepłego mleka i porozmawiać. Matka, pomimo żywieniowych obaw, z dumą patrzyła na rozrastające się ramiona syna, za którymi desperacko próbowało nadążyć wychudzone ciało. On z ufnością opowiadał o swoich problemach w szkole, dziwiąc się zarazem, że zna ona tyle ziół na jego dolegliwości. Była to jedna z niewielu nocy pełnych spokoju, wspólnej modlitwy i żartów. Chłopiec zasypiał, a matka kręciła z uśmiechem głową, widząc jego nogi wystające za o wiele zbyt małą kanapę i ręce obejmujące poduszkę, niczym kogoś bliskiego.
Szybko jednak smutniała. Na wszelki wypadek zapaliła świecę na nowo.
***
Płomień palił się nadal, a miesiące w Koźlikach mijały. Życie matki i chłopca nie stało się łatwiejsze i nic nie wskazywało na to, by miało się ono zmienić. Chłopiec zaczynał bezgłośnie prosić o więcej jedzenia na talerzu, nieustannie burczało mu w brzuchu. Starał się zapełniać puste miejsce w żołądku wodą, ale pomagało to jedynie w nocy, gdy oprócz rozmyślania o jedzeniu mógł oddać się spaniu lub niemej nadziei na spokojny sen. Rankiem budził się z nudnościami i bólem brzucha. Stał się najsłabszym ze wszystkich chłopców w szkole. Często nie był nawet w stanie pobiec lub podnieść czegoś ciężkiego. Nieustannie też odczuwał zimno. Podkulał wystające za krawędź kanapy nogi, byleby jedynie móc je ogrzać, spał we wszystkich swoich koszulach. Nie pomagało. Najbardziej jednak nienawidził porannego mycia, do którego zmuszała go matka. Woda była dla niego tak zimna, że aż sprawiała ból, a on sam mył się pobieżnie i jak najszybciej. Matka zaczęła odstępować mu część własnych posiłków, jednak zdawała sobie sprawę z tego, że jej syn dopiero zaczyna dojrzewać. Gdyby jedynie był silniejszy, być może znalazłby sobie robotę w Koźlikach, choćby za miskę strawy. On jednak ciągle musiał być na jej garnuszku. Nie przeszkadzało jej to, ale napawało przerażeniem.
Wraz ze wzrostem apetytu u chłopca zmieniło się coś jeszcze. Wstyd, o który każdego wieczoru przyprawiał go ojciec, nie był już bezbronną bezsilnością. Zamienił się w urażoną dumę, bunt i wściekłość. Chłopiec przestać ulegać Kagankowi. Oczywiście nie mógł równać się z dorosłym, silnym mężczyzną, ale samym upustem złości dowodził o własnej sile. Kaganek bił go dużo mocniej, ale chłopiec nie potrafił już być uległą marionetką.
- Spójrz, jak wychowałaś tego szczyla - powiedział pewnego wieczoru Kaganek do matki, gdy jedynie odrobinę wytrzeźwiał.
- Ty go spłodziłeś. Skoro tak go traktujesz, nie dziw się, że wyrasta na takie bydlę, jak ty - odpowiedziała twardo mała, chuda kobieta.
Kaganek uderzył pięścią w stół.
- To nie jest mój syn! Nic dziwnego, że ma taką matkę!
Kaganek nie był mężczyzną złym. Wręcz przeciwnie - w końcu wyszła za niego z miłości. Był błyskotliwy i inteligentny. Miał wprost przemiły głos. Jednak pił. W jej oczach stał się głupi i niesmaczny.
Zastanowiła się jednak nad jego słowami. Była matką chłopca i wiedziała, że Kaganek jest jego ojcem. Ale jemu chodziło o coś więcej. Nie potrafiła bowiem wyjaśnić dziwacznego zachowania chłopca i nie wiedziała, gdzie w tym wszystkim popełniła błąd. Ten pijak mógł mieć zupełnie inny i - kto wie, czy nie słuszny - punkt widzenia.
Chłopiec coraz częściej kierował swoją agresję przeciwko Kagankowi. Nie wciskał się już w kąt kanapy ze strachu, gdy ten jedynie przekroczył próg domu. Wręcz przeciwnie - często wyskakiwał wtedy spod pierzyny, byleby móc zagrodzić mu drogą i pokazać, że w tym domu jest już dwóch mężczyzn. Oczywiście nie można powiedzieć, by jedenastoletni chłopiec był mężczyzną, ale odczuwał on instynktowną potrzebę bronienia matki. Podświadomie czuł, że tak naprawdę jej dzieje się największa krzywda. Nie chciał, by Kaganek jej choć dotknął, by odezwał się do niej choć słowem. Zaczynał zdawać sobie sprawę, że jeśli jeszcze trochę podrośnie i nie umrze z głodu, będzie mógł zabić swojego oprawcę.
Miał ochotę nieustannie coś burzyć. Aby nie niszczyć żadnego ze sprzętów znajdujących się w gospodarstwie, zbierał co większe kamienie leżące przy drodze i układał je w stos. Potem przewracał go z satysfakcją. Szybko się męczył, ale możną było odnaleźć w tym zachowaniu dziką radość.
Jedyną rzeczą, która się w chłopcu nie zmieniła, był jego stosunek do szkoły. Nadal bał się nauczyciela i uginały się pod nim kolana, gdy jedynie czuł na sobie wzrok. Może dlatego, że nie miał tak naprawdę za co go winić? Nigdy go nie uderzył, a jeśli bił innych, to tylko dlatego, że sobie na to zasłużyli. W każdym bądź razie nadal budził strach i szacunek, a przede wszystkim ból w podbrzuszu.
Chłopiec nadal kochał matkę najszczerszym sercem, niemniej do ojca czuł odrażającą nienawiść. Każdego wieczoru spoglądał mu w oczy z coraz większą pewnością siebie. Uczył się też pogardy, wszak jego zachowanie winno wzbudzać jedynie litość. Kaganek jednak nie był niemądry. Gdy mocniejsze bicie i zastraszanie nie działało, postanowił wykorzystać przywiązanie syna do matki, byleby móc okazać swoją wyższość. Pewnego wieczoru nie zabrał się od razu do ciała chłopca. Zdarł z niego nocną koszulę w sposób tak brutalny, że jego włosy zaplątały się w guziki. Było to dodatkowym elementem rozrywki ojca - mógł go prowadzić bez użycia większej przemocy, a mając nam nim władzę. O to też mu chodziło. Zabrał syna do sąsiedniej izby, w której płakała matka.
- oto twój syn - powiedział.
Podniosła głowę i ujrzała go nagiego, pochylonego i próbującego wyplątać sobie włosy z koszuli. W oczach miał wstyd, ale rosło w nich również przerażenie.
- Nie jest już dzieckiem - ciągnął Kaganek. - Zobaczymy, czy będzie w stanie posiąść cię jako kobietę.
Ciężko jest powiedzieć, czy to matka stała się w tej chwili bledsza od syna. Jego ojciec wprawdzie cuchnął piwem, ale był o wiele bardziej trzeźwy, niż zwykle. Chłopiec otrząsnął się i momentalnie zareagował na polecenie mężczyzny. Obiema rękami złapał za końce koszuli i wyswobodził swoje włosy, choć spora ich część pozostała wyrwana. Nie podszedł jednak do matki. Obrócił się niemalże skoczył na ojca, rozczapierzając palce, jak gdyby miał zamiar wydrapać mu oczy. Obrzucał go przy tym tak obraźliwymi wyzwiskami, że matka aż zasłoniła sobie uszy. Ojciec jednak tylko na to czekał. Z łatwością obezwładnił chłopca i zaciągnął go do jego pokoju, zanosząc się śmiechem. Tam dokonał zemsty.
Matka jeszcze przez długi czas nie mogła słuchać dochodzących stamtąd dźwięków. Był to przede wszystkim przeraźliwy, piskliwy krzyk syna i płaczliwe błagania o litość. Bała się, że Kaganek zatłucze go na śmierć, ale jej nogi były zbyt ciężkie, by mogła wstać i ostatnimi siłami go bronić. Wiedziała, że mężczyzna nie pozwoliłby dotknąć chłopcu swojej kobiety, a to lubieżne polecenie miało jedynie go rozsierdzić, by rzucił mu się do gardła. Chciał wyrobić w nim pewność, że mógłby go zabić. Teraz wymierzał mu karę, zapewne najbardziej wstydliwą ze wszystkich.
Nie przebywał jednak w kuchni dłużej, niż zwykle. Wyszedł niemalże niezauważony, pozostawiając na podłodze jęczące i do granic możliwości upokorzone dziecko. Matka zaraz zapaliła świecę i znalazła się przy nim z nadzieją, że jeszcze oddycha. Oddychał i starał się zwinąć w kłębek, byleby jedynie ukryć się przed jej wzrokiem. Nie, nie był już dzieckiem. Przykryła go pledem.
- Mam tam drzazgi -powiedział.
Gdy wreszcie po kilku godzinach udało jej się doprowadzić go do porządku i ułożyć spać, nie zgasiła świecy. Wręcz przeciwnie, pozostawiła ją obok łóżka chłopca, co wskazywało na to, że miała nadzieję. Tak, płomień palił się jasno i był duży, jakby podtrzymywany odważnymi planami.
Podjęła decyzję.
_________________ RATOWNIK GRUPY RATOWNICTWA I ŁĄCZNOŚCI "AMRAT"
W sumie nie takie złe, choć moze dla mnie za drastyczne i te postacie ojciec pijak alkoholik, pedofil, a gdzieś tam został nazwany mądrym i matka, drobna bezbronna kobieta odpyskuje mężowi, którego tak naprawdę sie boi.
Historyjka dobra na opowiadanie, ale nie na książkę. Jeżeli to fragment powstającej książki to wydłużyłabym go o pare dodatkowych wątków.
Ogólnie na plus, czytałam na forum czasem takie bzdury w opowiadaniach ze twoje jest w porównaniu z tamtymi bardzo dobre
_________________ Dziekuje Panie że mieszczę się w standardzie,
że nie wystaje za nawias.
Lecz czemu mi dałeś marną mysią wiarę. Przeczuwam klęske już na wstępie...
Dziękuję Panie że mieszcze się w szeregu.
Za średni wzrost, letnie ciało
Lecz czemu dumy pożałowałeś Panie.
Kolana pieką od klękania... HEY
Pomógł: 2 razy Wiek: 18 Dołączył: 27 Gru 2007 Posty: 524 Skąd: z półlitrówki.
Wysłany: Pon Sty 14, 2008 14:49
RODZIAŁ DRUGI: Mężczyzna w lisiej skórze
Co byś zrobił, gdybyś obudził się w trumnie? Co byś czuł? Przerażenie? Niepokój? Duszności? Gdy chłopiec zorientował się, że jest w jakimś drewnianym pudle, ogarnęło go chwilowe otępienie. On i trumna? Coś takiego mogłoby zdarzyć się jedynie we śnie. W koszmarze. Chłopiec nie śnił wiele, gdyż każdej nocy budził się niemalże co chwilę, by nasłuchiwać kroków Kaganka. To było niedorzeczne, ponieważ przychodził on tylko raz, ale i tak się bał.
Teraz, gdy uświadomił sobie, że nie śni, ogarnęła go panika. Został żywcem pogrzebany! Kiedy? Jak? Zaczął się szamotać, choć wiedział, że niewiele to da. Nie potrafił podnieść wieka skrzyni - musiała być zamknięta. Rozpłakał się z bezsilności. Nie wiedział, dlaczego się tu znalazł, ani dlaczego miałby umierać właśnie w taki sposób. Wyjął zza koszuli mały, drewniany krzyżyk i zaczął odmawiać na głos wszystkie modlitwy, jakich nauczyła go matka. Gdy był już przy "Pod Twoją obronę...", skrzynia nagle podskoczyła i uderzył głową i żebrami o wieko trumny. Znieruchomiał. Znowu. Pudło nie było zakopane w ziemi. Chłopiec jął nasłuchiwać. Jego uszu dobiegł głuchy turkot, jakby kół. Z daleka słychać było nawet śpiew ptaków. A więc był gdzieś wieziony, być może na śmierć. Sam nie potrafił odnaleźć się w tej sytuacji. Znowu podskoczył. Droga musiała być wyboista. Przekręcił się na brzuch i wczepił palcami w dno skrzyni, starając się w ten sposób zamortyzować upadki. Gdzie on się znajduje? Może ktoś go uprowadził? Zamknął oczy i zacisnął mocno szczęki. Gdzie jest mama, gdzie jest mamusia? Może siedzi na wozie? Nie, to niemożliwe. Nie przewoziłaby go chyba w skrzyni, a posadziła obok i pozwoliła się przytulić. Chłopiec starał się znaleźć jakieś wytłumaczenie tej sytuacji, ale żadne nie zdawało się być logiczne. Poza tym kręciło mu się w głowie. Nie wiedział, ile godzin jedzie, ale obolałe ciało wskazywało na to, że dosyć długo. Postanowił mimo wszystko leżeć cicho. Jeśli ma umrzeć, to i tak się to stanie. Nie miał zamiaru tego przyspieszać. Będzie miał przynajmniej czas na modlitwę.
Jakże zimna fala potu oblała go, gdy po pewnym czasie wóz się zatrzymał! Zacisnął tylko mocniej powieki, trzęsąc się ze strachu na myśl o nadchodzącej śmierci. Błagał Boga, by oprawca nie otworzył wieka. W jednej chwili tak bardzo się przeraził, że nie mógł złapać tchu i dostał dreszczy. Byleby to się jak najszybciej skończyło...!
Ktoś otworzył wieko, bowiem usłyszał skrzypnięcie, a zaraz potem jego twarz owiał chłodny wiatr. W napięciu wyczekiwał tylko ciosu. Morderca jednak nie miał najwidoczniej na to ochoty. Nachylił się i dotknął dwoma palcami szyi chłopca w miejscu, gdzie znajdowała się tętnica. Zaraz odrąbią mu głowę!
Tak bardzo się wystraszył, że podskoczył i z krzykiem otworzył oczy. Jakież było jego zdumienie, gdy ujrzał twarz nauczyciela! Wpatrywała się w niego para kocich, zmrużonych oczu. Nie było to może przyjemne, ale chłopiec mógł odetchnąć z ulgą - jest bezpieczny, przynajmniej tak sądził.
- Spałeś? - zapytał nauczyciel.
Chłopiec rozejrzał się. Wóz stał pośrodku drogi otoczonej lasem. Nie wyglądaj on groźnie. Nie były to jednak Koźliki.
- Spałeś? - powtórzył nauczyciel.
Czy spał? Zapewne musiał spać, skoro się tu obudził.
- Tak... - odpowiedział.
- Wobec tego przepraszam, że cię obudziłem. Zioła najwidoczniej przestały działaś.
Zioła? Czyżby go uśpiono? Po co?
- Gdzie ja jestem? - spytał.
- Zapewne na niewiele znaczącym odcinku drogi.
- Ale... Ale dlaczego?
Nauczyciel westchnął. Nie wyglądał już jak straszny dorosły mężczyzna. Teraz był skulony i zgarbiony. Nie trzymał też za plecami linijki. Odwrócił się w stronę chłopca.
- To decyzja twojej matki. Byś tu był. I byś nigdy nie powrócił do Koźlików - powiedział.
W tej chwili wszystkie myśli i pytania chłopca zostały zalane przez nagłe poczucie tęsknoty i bólu. Ważne było tylko jedno zdanie: "I byś nigdy nie powrócił do Koźlików". Objął ramionami kolana, by przestały drżeć.
- Gdzie jest mama? - zapytał. Jest tu z nami?
Nauczyciel ponownie westchnął.
- Nie. Została w Koźlikach. Przenieśliśmy cię do tej skrzyni nocą. Nie mogliśmy dopuścić do tego, by ktoś cię zauważył. Szczególnie, gdyby był to twój ojciec. Tylko w ten sposób mogliśmy wywieźć cię ze wsi, Bierniuszko...
To wystarczyło, by chłopiec rozpłakał się. Czy to oznacza, że już nigdy więcej jej nie zobaczy? Ale... dlaczego? Co takiego zrobił? Och, gdyby mógł cofnąć czas! Niczego nie rozumiał, ale poczucie nagłej samotności było tak silne, że wszelkie wyjaśnienia nie były potrzebne.
Ogarnęła go niewyobrażalna złość - dużo większa, niż wtedy, gdy krzywdził go ojciec. Nie wiedział, na kogo ani na co był zły. Ważne było tylko to, że czuł nagłą potrzebę zniszczenia czegoś. Poczuł tak wielką panikę, że nie wiedział, czy ma zabić nauczyciela, czy zeskoczyć z wozu i uciekać. Był jednak dzieckiem dobrze wychowanym i jedynym upustem jego złości stało się wsadzenie sobie piąstki w usta. Zacisnął zęby tak mocno, że omal nie przegryzł skóry.
Nauczyciel nie należał do mężczyzn wyrozumiałych. Postanowił jak najszybciej sprawić, by Bierniuszka dorósł, a raczej - postanowił pozbyć się po prostu szlochającego kłopotu w koszuli w kropki - tak, jak nakazała jego matka.
- No już, uspokój się - powiedział, wstając.
Chwycił chłopca za ramię i kazał podnieść się z miejsca, po czym pomógł mu zejść z wozu. Dał mu jeszcze w chude ramiona tobołek pozostawiony przez matkę. Nie patrzył mu jednak w zapłakane oczy. Nie chciał spoglądać w oczy kogoś, kto od najmłodszych lat uczony był tylko błagania o litość. To nie była lekcja w szkole, gdy miał władzę. Teraz czuł się jak Judasz, który wydał Jezusa. Nie miał jednak odwagi, by przyznać się do tego przed smarkatym. Lepiej mieć go już z głowy.
Gdy szykował się do odjazdu, chłopiec patrzył, jak lada moment odjedzie jego ostatnia nadzieja. Może... może nauczyciel zgodziłby się go przygarnąć? Albo oddał go komuś, kto na pewno by się nim zaopiekował? Zdjęty poczuciem bliskiej samotności i nieuniknionej śmierci podbiegł do wozu i wczepił się palcami w buty nauczyciela.
- Może mi pan pomóc? - zapytał. - Może odwiezie mnie pan tam, gdzie będę bezpieczny, proszę pana?
Nauczyciel spojrzał na młodzieńca. Również był świadom tego, że dziecko nie przeżyje. Nie chciał jednak o tym myśleć. W przypływie zniecierpliwienia uderzył Bierniuszkę po dłoniach batem, po czym odjechał, wykorzystując fakt, iż chłopiec ssał obolałe palce.
Nie próbował nawet gonić wozu. W jednej chwili stał się człowiekiem, który nic nie posiadał, a któremu i tak wszystko zabrano.
&&&
Panika w nadmiarze nigdy nie pozwala na popełnienie głupstw. Stawia przed wyborem – życie lub śmierć. Jest on jednoznaczny. Panika nie daje umrzeć. Napełnia tak ogromną siłą, że człowiek ma zamiar biec i biec. Nie tylko ciałem, ale także umysłem. Uciec. W jednej chwili świat przestaje być okrągły – ucieka się do doliny leżącej poza jego krańcem.
Również chłopiec szybko przestał płakać. Bał się bowiem, że rozmazany widok nie pomoże mu w poukładaniu myśli, które teraz tańczyły dziko w jego głowie, krzyczały i urządzały bijatyki. Poza tym nie dawało mu to poczucia bezpieczeństwa. Rozmazany obraz był zwodniczy, a chłopiec zbyt naiwny, by dać sobie radę. Otarł więc łzy przedramieniem i rozejrzał się. Stał na drodze. Jedna jej połowa prowadziła do rodzinnych Koźlików, a druga zapewne donikąd, znał więc tylko tę pierwszą. Mógłby pobiec za nauczycielem lub chociaż iść po śladach kół jego wozu. Jednak cóż z tego? Co powiedziałaby mama, gdyby go ujrzała? Z pewnością byłaby zła, wszak to ona położyła go w skrzyni, w której tutaj przyjechał. Bardzo jednak zatęsknił do jej fartucha i żwiru na drodze w Koźlikach. Ta połowa przyciągała ciepłem i obietnicą powrotu. Była jednak zbyt łatwa i pod przykrywką ulgi obiecała cierpienie. Bierniuszka westchnął cichutko i sprawdził, co matka pozostawiła mu w tobołku. Znajdowało się w nim kilka starannie złożonych ubrań, chleb i trochę sera. Przejrzał wszystko, ale nie znalazł niczego, żadnego listu pożegnalnego czy wskazówek, a jedynie kilka monet, które mogłyby być dla niego ostatnią deską ratunku. Niedbale związał na powrót tobołek i podniósł wzrok. Po obu stronach drogi rósł las, gęsty i groźny. Chłopiec nie miał zamiaru się w nim zaszywać. Jeśli chce mieć szansę na przeżycie, powinien raczej iść wzdłuż drogi. Być może spotka kogoś, kto zechce się nim zaopiekować.
Nie wiedzieć czemu, wstąpiła w niego wyjątkowa nadzieja. Nie myślał już o niczym, tylko o tym, by iść po prostu przed siebie, donikąd. Szedł tak cały dzień, ale mimo to widok przed jego oczami wcale się nie zmieniał. Najwidoczniej las był bardzo duży. Nadzieja powoli gasła wraz z zapadaniem zmierzchu. Ciemność był gęsta i ciężka, choć blask księżyca oświecał słabo drogę. Czuł, jak znowu ogarnia go panika. Miał przeczucie, że zdarzy się coś strasznego. Poza tym wykończenie całodniową wędrówką mówiło samo za siebie – musiał się zatrzymać. Spanie na drodze byłoby bardzo ryzykowne, gdyż mama opowiadała mu często w bajkach o rozbójnikach czyhających między drzewami. Postanowił więc znaleźć jakieś wygodne miejsce w pewnej odległości id traktu. Bardzo ciężko jest chodzić po lesie nocą. Chłopiec stąpał ostrożnie, lecz to nie uchroniło go przed zadrapaniami i potknięciami. Nie widział praktycznie niczego, poza maleńkimi połaciami ziemi, którą gdzieniegdzie oświetlało światło księżyca. Znalazł sobie miejsce pod jednym z drzew. Tam też położył swój tobołek, a dam poszedł kilka kroków dalej za potrzebą. Gdy kończył, usłyszał nagle dorosły, męski głos.
- Człowiek! Człowiek! Uciekaj stąd! Zmykaj, ale już! Bo sprawię ci lanie! Nie patrzysz, gdzie robisz?!
Chłopiec tak mocno się zdziwił tym nagłym krzykiem, że zapomniał porządnie naciągnąć spodnie. Ile sił w nogach pobiegł po tobołek i uciekł między drzewa. Kto to był? Czy to człowiek? Niemożliwe, przecież sam kogoś przed nim ostrzegał. Więc kto? Bierniuszka zbyt długo się nie zastanawiał. Nie spostrzegł nawet, że biegnie coraz głębiej w las.
W pewnym momencie poczuł ból w prawym oku, zatrzymał się, choć miał ochotę biec, i upadł na ziemię. Oko niemożliwie piekło, a gdy je otwierał, czuł ból nie do opisania. Zaczęła wypływać z niego jakaś ciepła ciecz. Krew?
- Oślepłem! – krzyknął Bierniuszka. – Jestem ślepy!
Siedział, ciągle trzymając się za oko i szlochał z bezradności i strachu, choć to jedynie potęgowało ból.
- Wcale nie oślepłeś – usłyszał nagle ten sam męski głos, tuż obok siebie. – Po prostu zaprószyłeś je sobie, natrafiając na gałąź. Przynajmniej tak myślę.
Chłopiec otworzył drugie oko, jednak ciężko było mu dostrzec rozmówcę w ciemnościach.
- Kim jesteś? – zapytał niepewnie.
Usłyszał szelest i na najbliższy oświetlony blaskiem księżyca skrawek ziemi wyskoczył niewielki lis. Odwrócił się do chłopca i spojrzał mu poważnie w oczy. Był trochę mokry.
- Jesteś... zwierzęciem? – zdziwił się Bierniuszka. – Myślałem, że człowiekiem!
- Jużci – obruszył się lis. – Nie obrażaj mnie.
- Przepraszam – chłopcu trochę ulżyło.
Zauważył jednak dziwaczną rzecz. Gdy lis mówił, nie poruszał pyszczkiem, a jedynie dreptał wokoło lub strzygł uszami. Bierniuszka widział w życiu kilka lisów, ale nigdy mówiącego!
- Dlaczego mówisz? – zapytał.
- Patrzcie go! Przybiegł na obcy teren drzeć się wniebogłosy, a teraz pyta o takie rzeczy! Każdy mówi, kochany.
- Tak, ale zwierzęta nie mówią. Przynajmniej nie tak, jak ludzie.
- A czy ja mówię, jak człowiek?
- Nie, ale...
- Więc wyciągnij z tego wnioski. Skoro mnie rozumiesz, to z tobą jest coś nie tak.
Chłopiec siedział przez chwilę osłupiały, rozważając każde słowo lisa. Coś nie tak? Z nim? Czy to sen?
- Poza tym nie siedź tak z palcami w oku – powiedział lis. – Chyba aż tak bardzo cię nie boli. Nachyl się i chwilę pomrugaj. Wszystko powinno wypłynąć wraz ze łzami.
Bierniuszka posłusznie wykonał polecenie. Ku jego zdziwieniu po pewnym czasie oko w ogóle już nie piekło.
- Dziękuję ci – powiedział do lisa.
- Cała przyjemność po mojej stronie.
- Wiesz może, jak wydostać się z lasu? – rozluźnił się nieco w rozmowie chłopiec. Miał wprawdzie dziwacznego rozmówcę, ale w każdym bądź razie rozmówcę.
- To proste. Odwróć się i idź przed siebie.
Chłopak obejrzał się.
- Pewnie znowu na coś trafię i zrobię sobie krzywdę – powiedział.
- Narzekasz. Jeśli chcesz, to ci pomogę odnaleźć ścieżkę. I tak spłoszyłeś mi całą zwierzynę, beksa lalo. I obsikałeś mnie.
Bierniuszka w jednej chwili spurpurowiał.
- Przepraszam cię, nie chciałem...
- Do MNIE, młody człowieku, możesz mówić tylko i wyłącznie per „pan”, zrozumiano?
- Dobrze... dobrze, proszę pana.
- No. Teraz chodź za mną.
Lis nie oszczędził chłopcu wprawdzie smagających gałęzi ani wystających korzeni drzew, ale dzięki niemu dotarł on na skraj lasu z niewielką ilością siniaków.
- Dziękuję panu – powiedział Bierniuszka, któremu było dużo lżej po wyjściu z lasu.
- Drobiazg.
Lis usiadł, przyglądając się, jak chłopak kładzie się na skraju drogi i podkłada sobie pod głowę tobołek, który wcześniej zabrał jeszcze z lasu. Był tak wykończony, że nie wiedział, czy lis nie jest jedynie częścią jego snu. Ten spojrzał na niego z powątpiewaniem.
- Zamierzasz tu spać? – zapytał.
- Właściwie nie mam zbytniego wyboru, proszę pana.
- W sumie masz rację – zamyślił się lis. Zastanawia mnie tylko, dlaczego się tu znalazłeś. Człowieka nie było tu już od dłuższego czasu. Przynajmniej nie w lesie... – przerwał, widząc, że chłopca najwidoczniej niewiele obchodzą jego słowa. Zasypiał. Gdy jednak przyłożył głowę do miękkiego tobołka, nagle od strony pleców spłynęła po nim zimna tęsknota za matką i własnym łóżkiem, i gorący strach, który nakazywał popełnić jakieś głupstwo, a nie był jeszcze paniką. Westchnął i zwinął się w kłębek, oddając się zmęczeniu.
Lis uśmiechnął się po swojemu. Ciekawe, czego poszukuje tu ten chłopiec. Wygląda na bardzo nieszczęśliwego i bezradnego. Lis nie był stworzeniem złym. Może jakoś mu pomóc? Wszak ten nie wyrządził mu wielkiej krzywdy, przynajmniej nie specjalnie. Również pogrążony w rozmyślaniach ułożył się na drodze. Nie zasnął jednak. Cały czas obserwował chudą kupkę ludzkiego nieszczęścia.
&&& Chłopiec po przebudzeniu nie był wcale w lepszym humorze. Gdy jedynie otworzył oczy i odkrył, że nie znajduje się w ciepłym łóżku, ogarnął go smutek. Więc to nie było tylko snem... Ciekawe, czy mówiący lis również był prawdziwy. Wstał i ujrzał go, leżącego na ziemi, z pyszczkiem położonym na przednich łapach. Wpatrywał się w chłopca z uwagą.
- Jak się spało? – zapytał.
A więc on naprawdę mówi! Bierniuszka przeciągnął się, czując, jak szczękają mu wszystkie kości.
- Niezbyt wygodnie – odpowiedział. – Twardo.
- Nie było chyba tak źle – podniósł się lis. – Piach był miękki.
Chłopak nie podzielał jego zdania. Był cały obolały. Wyciągnął z tobołka trochę sera i chleba.
- Chcesz? – zwrócił się do lisa.
Ten przytaknął, strzygąc uszami. Podszedł i wziął z ręki chłopca kawałek chleba z białym serem. Odszedł na kilka kroków i ze smakiem schrupał podarunek.
- Dobre – oblizał się, - Was tym karmią?
- Tak – przytaknął Bierniuszka, odrywając dla lisa jeszcze kawałek chleba.
- Gdy mieszkałem w sąsiedztwie ludzi, często zdarzyło mi się wygrzebać ze śmietników ich jedzenie, ale nigdy nie było ono tak pyszne.
- Mieszkałeś w sąsiedztwie ludzi? – zapytał chłopiec, zupełnie jakby mieszkanie w sąsiedztwie ludzi było nie lada wyczynem.
- Ba, mieszkałem w wielu miejscach i znam ludzi jak rzadko który lis, wiesz?
- Gdzie mieszkałeś?
- Pytasz o sprawy dorosłych, mój drogi. I powtarzam ci po raz drugi, że masz się zwracać do mnie z szacunkiem.
- Przepraszam, proszę pana – zawstydził się Bierniuszka.
Skończył jeść i przeczesał ręką włosy. Zdążyły pozlepiać się już w cienkie strąki, a z poprzedniej nocy pozostał w nich piasek. Zrezygnowany pokręcił głową, po czym wstał i zarzucił sobie tobołek na ramię. Zaczął iść donikąd, wzdłuż drogi. Lis dotrzymywał mu kroku. Osobliwy widok.
- Dlaczego pan za mną idzie? – zapytał chłopiec.
- Bo nie ma żadnej drogi, którą mógłbym właściwie podążać, mój drogi chłopcze. Jak masz na imię?
- Bierniuszka.
- Ładnie. Ale czy to przypadkiem nie zdrobnienie? Będziesz dorosłym mężczyzną dwa na trzy metry i nadal będziesz Bierniuszka?
- Chyba tak.
- Ciekawe...
- A jak pan ma na imię?
Lis przystanął i uśmiechnął się szelmowsko na tyle, na ile mógłby uśmiechnąć się lis.
- A w co zrobiłeś sobie wczoraj kuku?
Chłopiec zastanowił się.
- No... w oko – powiedział ostrożnie.
- Nie w oko, ale Oko! Tak mam na imię. Oko.
Lis o imieniu Oko? Dziwaczne. Bierniuszka przekonał się jednak, że nie wszystko musi mieć swoje logiczne wytłumaczenie.
Oko zdumiał się smutkowi chłopca. Prawie się nie uśmiechał, był zamyślony, a propozycję towarzystwa przyjął bez entuzjazmu. Wydawał się być tak zagubiony, że nawet przewodnik nie byłby w stanie mu pomóc. Lis szedł w milczeniu, co pewien czas jedynie spoglądając w górę na chude nogi towarzysza i majaczącą gdzieś w oddali głowę.
Droga zdawała się nie mieć końca. Chłopiec zaczynał powoli tracić nadzieję, że istnieje wyjście z lasu. Bał się, że przyjdzie mu zginąć i na tym zakończy się jego wędrówka donikąd. To niesprawiedliwe, bo nawet śmierć nie jest drogą donikąd, pomyślał. Zaraz też sam siebie skarcił. Jeśli będzie pogrążał się w takich rozmyślaniach, ogarnie go szaleństwo. Mimo to postanowił porozmawiać o tym z lisem. Tylko w ten sposób mogły ulecieć z niego złe przeczucia.
- Czy wy nie boicie się mieszkać w lesie? – zapytał ostrożnie.
Lis spojrzał na niego tak, jakby zaproponował mu, by odgryzł sobie łapę. A może tylko wydawało mu się, że tak na niego spojrzał.
- My? Masz na myśli zwierzęta?
- Aha.
- To tak, jakbyś zapytał, czy ludzie boją się mieszkać wśród ludzi.
- Ale tu czyha na was wiele niebezpieczeństw...
- Tyle samo, ile czyha na was pośród ludzi. Nie ma bezpieczniejszego miejsca, niż las. Oczywiście, jeśli rozumie się mowę zwierząt.
- Sądzi pan, że ja jestem w stanie ją zrozumieć?
- Może.
Chłopiec jeszcze wtedy nie wiedział, że to „może” szybko się spełni.
_________________ RATOWNIK GRUPY RATOWNICTWA I ŁĄCZNOŚCI "AMRAT"
Seville [Usunięty]
Wysłany: Sro Sty 30, 2008 14:24
Kiedyś miałam przyjemność oceniaćtakie samo opowiadanie na mylogu.... To było Twoje opowiadanie umieszczone na tamtej stronie? MNnie się bardzo podobało.
Pomógł: 2 razy Wiek: 18 Dołączył: 27 Gru 2007 Posty: 524 Skąd: z półlitrówki.
Wysłany: Sro Sty 30, 2008 16:02
Cytat:
To było Twoje opowiadanie umieszczone na tamtej stronie?
Właśnie tak. Z tym, że blog obecnie przechodzi zastój. Myślę po prostu nad zrobieniem własnej strony internetowej, gdzie zebrałabym wszystkie swoje opowiadania (bo łażenie [i]z bloga na bloga[/] nie ma najmniejszego sensu).
_________________ RATOWNIK GRUPY RATOWNICTWA I ŁĄCZNOŚCI "AMRAT"
Seville [Usunięty]
Wysłany: Sro Sty 30, 2008 16:42
Wilczy Rozbójnik napisał/a:
Myślę po prostu nad zrobieniem własnej strony internetowej, gdzie zebrałabym wszystkie swoje opowiadania
Bardzo dobry pomysł. Masz ciekawy język i ogromny talent. Nie zmarnuj go ^.^
Pomógł: 2 razy Wiek: 18 Dołączył: 27 Gru 2007 Posty: 524 Skąd: z półlitrówki.
Wysłany: Czw Sty 31, 2008 19:16
Cytat:
Bardzo dobry pomysł. Masz ciekawy język i ogromny talent. Nie zmarnuj go ^.^
Ale do tego jeszcze hoho czasu. Zrobienie takiej strony i zajmowanie się nią to spory kawałek chleba.
Jeśli jednak podobają Ci się moje opowiadania, to wiedz, że w czerwcu zamierzam opublikować kolejne.
_________________ RATOWNIK GRUPY RATOWNICTWA I ŁĄCZNOŚCI "AMRAT"
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
    Najlepsza rozrywka dla młodzieży w sieci!. Super włosy i fryzury tlyko u nas. Wybierz najlepszy telefon komórkowy, odtwarzacz mp4, prezent. Odchudzanie, jak szybko schudnąć?. Doładowania online, gry online. Najlepsze forum młodzieżowe w sieci. zarabianie przez internet, konkursy internetowe. gry, tapety, dzwonki na telefon, komórkę, java. Super muzyka, filmy, telefony za małe pieniądze. Młodzieżowe kosmetyki i uroda. Super ubrania, ciuchy, obuwie, buty. Załóż sobie forum, bloga. Wszystko dla nastolatków i młodzieży na naszym forum młodzieżowe .