Wysłany: Wto Wrz 18, 2007 12:18 Bo świat nie pachnie bzem
To co tu umieszczę to dopiero początek książki, która opowiada o zwykłym życiu nastolatek. Zwykłym- z pozoru się wydaje. Tak tragiczna historia (na razie jest dosyć spokojna) ma na celu pokazanie wartości- najważniejszych- w życiu. Kiedy będzie już tak źle, że nie będzie widać żadnego wyjścia, poznają one wartość przyjaźni. Zapraszam do czytania. Książka nie jest dzielona na rozdziały.
Bo świat nie pachnie bzem
Słońce kąsało szklane drzwi ogromnego hotelu. Jego wielkość i potęga, budziła respekt u każdego przechodzącego. Większość nie mogła sobie pozwolić nawet na skromnego drinka w hotelowym barze, ale marzenia są słodkie jak słodycze i czasami warto zanurzyć w nich usta. Przecież jego właściciel na początku też nie miał łatwo. Budując życiowe doświadczenie przyszłego milionera, przeżył dużo niełatwych sytuacji. Jakoś z nich nawet wybrnął. Udać się może każdemu. Potrzebna jest tylko odrobina szczęścia i trochę oleju w głowie. Gdy na miedzianym zegarze wybiła godzina trzynasta, samotna osoba strzepnęła z bluzki ogromnego, niebieskiego chrząszcza. Ubrana w służbowy strój- biała koszula, czerwona kamizelka i plisowana spódniczka- nerwowo spojrzała na zegar. Dokładnie za trzydzieści minut kończyła się jej dniówka. Ten dzień był dla niej mało męczący, bo jedynie para nowożeńców zapragnęła zanocować w jednym z pokoi na pierwszym piętrze. Mieli nadzwyczaj mało bagaży. A więc i bagażowy miał mało roboty. Praca tajemniczej osoby nie była sama w sobie ciekawa i kreatywna, tylko fizyczna i sztywna. Przecież stojąc tyle godzin na rozżarzonym betonie, jej nowe sandały miały dużo czasu na rozpadniecie się i zastrajkowanie przeciwko takim warunkom. I jeszcze ta ogromna czapka, z wyszytym logiem firmy, przysłaniała większość obrazu. Dla całego ciała dla praca była niewygodna. Ale chęć człowieka jest za wielka. Za potężna. Jesteśmy za ambitni, by się poddać. Dwadzieścia minut do końca. Wciąż nikt nowy nie przyjechał. Od czasu do czasu wpadali pracownicy kuchni i recepcjonistki. Im też nie wiodło się za najlepiej. Najczęściej byli to studenci, którzy na czas wakacji zapragnęli zdobyć trochę oszczędności na życie. Pracowali nawet na cały etat, czyli osiem godzin dziennie. Bagażowi mieli krótszy czas pracy, ale także mniejszą pensję. Nie brakowało ich w tym mieście. Nie musieli być pełnoletni, ani skończyć żadnych kursów. Pełno dzieciaków nie wyjechało na żadne wczasy i zamiast grać na komputerze, ciężko harowały w pocie czoła. Oczywiście byli i tacy, co odchodzili po jednym dniu. Praca przypominała zadanie strażników Buckinghamu. Może i można było mrugnąć i głośniej odetchnąć, lecz to wszystko. Do hotelu przyjeżdżano najczęściej wiosną, bo było dużo wycieczek z zagranicy. Rzadko latem, bo takie miasta w środku lądu nie były popularnym miejscem wypraw rodzinnych. I nie za taką cenę.
Dziesięć minut. Choć czas mijał szybko i bezboleśnie, stojący przed wejściem bagażowy niecierpliwił się. Nagle pod drzwi podjechał sportowy samochód, a niego wypadła rozwrzeszczana rodzina. Osoba rozpoznała rodziców całej tej ferajny- trójki dziewczynek i dwóch chłopców. Wszyscy byli nienagannie ubrani i wręcz grzeszyli urodą. Wysoka Mama podeszła trzymając córki za ręce do recepcji. Mąż niezdarnie rzucił parkującemu kluczyki i pospiesznie pobiegł za rodziną, trzymając za plecaki synów. Uśmiechnęła się radośnie. Ich życie przecież było tak wesołe i pełne niespodzianek. Jej humor zaćmił się, gdy zobaczyła ilość bagaży gości. Jednak jej czas pracy nie dobiegł jeszcze końca. Pociągnęła wózek i zapakowała na niego torby podróżne i pudełka. Dostała adres i z trudem przewiozła go pod dany numer pokoju. Męczącą czynnością skończyła pracę i poleciała się przebrać do garderoby.
-Co tak długo!- Krzyknęła na powitanie Baśka. Jolka niechlujnie pociągnęła sok przez rurkę, kryjąc zniecierpliwienie. Przyjaciółka kopnęła ją w nogę i uśmiechnęła się szeroko ukazując białe zęby.
-Znów jakaś rodzina przyjechała w ostatniej minucie.- Odetchnęła szesnastolatka.- Z pewnością wynagrodzi mi to szklanka zimnej wody.- Mrugnęła do jasnowłosej Basi. Ona wdzięcznie podała butelkę, po czym zniknęła w głębi kawiarni, która nosiła nazwę „Ogród róż”. Choć ani jedna róża nie rosła w jej obrębie, mnóstwo turystów i mieszkańców pragnęło zatrzymać tu się na chwilę. Kelnerki miały wpięte we włosy kwiaty, kelnerzy różane muszki, a ich wszystkich, wizytówką był olśniewający uśmiech.
-A ty, co tak męczysz tą rurkę?- Zapytała ze śmiechem, odsuwając jej napój sprzed oczu. Ta ze złością popatrzyła się na nią, po czym zrezygnowała i opadła na fotel.
-To ja Jolanta- uczynna, pomocna, jak zawsze porządna.- Wybełkotała pod nosem, a przyjaciółka zakrztusiła się z wrażenia.
W międzyczasie przybiegła Baśka ze szklanką wręczając ją Tatianie.- Jola będzie „domowym pomocnikiem”.- Powiedziała, znów uśmiechając się serdecznie. Na początku było to miłe, ale po latach znajomości stawało się męczące. Mało oryginalne. Jednak serdeczność wysokiej i szczupłej Basi była zawsze jej atutem. Nie było osoby, która by jej nie lubiła. Taka miła i przyjacielska, nawet w stosunku dla wrogów. Wszystko robiła z pasją, cieszyła się z każdego dnia. Lubiła pomagać innym. Jednak chyba załatwienie nowej posady przyjaciółce, nie było strzałem w dziesiątkę.- Są takie specjalne organizacje, które zatrudniają nieletnie jako sprzątaczki i opiekunki do dzieci.- Tatiana parsknęła śmiechem, a nieszczęśliwa opiekunka burknęła nerwowo i obróciła głowę.- To bardzo charytatywna praca. Pomagasz innym i jeszcze dostajesz za to wynagrodzenie!- Pocieszyła przyjaciółkę, klepiąc po ramieniu.
-Ona ma rację. A w sprzątaniu to masz wprawę!- Zaśmiała się i spojrzała zmęczona przed siebie.- I pomyśleć, że to wszystko robimy dla siebie...- Westchnęła i chwyciła ręce Joli.
-Jesteście wstrętne. Muszę prać, gotować, prasować i myć każdego dnia. A wy mi jeszcze załatwiacie taką pracę!
-Przecież Arek godzinami ślęczy przy komputerze. Czemu się z nim nie dzielisz obowiązkami? Sara może prasować, przecież jest tylko o trzy lata od nas młodsza. Maluchami może się opiekować Łukasz. I sprawa załatwiona. Trzeba być twardym!- Powiedziała przekonująco blondynka. Tak przekonująco, że nawet Jolka złapała haczyk. Jej zielone oczy zabłysnęły pomysłem.
-Tak! Mi też się coś od życia należy! Nawet, jeśli to będzie taka praca.- Wykrzyknęła, a połowa klientów popatrzyła się na nią z uwagą. Przez ułamek sekundy, dziewczyna trwała w pozie zwycięzcy, po czym wróciła do wcześniejszej miny i odetchnęła z ulgą. Po chwili spojrzała na wyświetlacz komórki.- Mamy mało czasu. Baśka, przebieraj się i wskakujemy do autobusu. Musimy być na Placu za kilka minut, bo inaczej znów się spóźnimy.
-Zaraz. Zabierzcie mi plecak i poczekajcie na przystanku.- Powiedziała składając na tacę naczynia po koleżankach.
Dziewczyny biegły deptakiem, nieuważnie potrącając przechodniów. A o tej porze, wychodzących z parku było wiele. Nawet więcej niż w sobotnie popołudnie w wielkim supermarkecie. Cisza, spokój. Oaza dla studentów uczących się do kolokwiów, oraz dla osób starszych przywykłych do odpoczynku i równowagi duchowej. Było tu pełno matek z wózkami, małych dzieci ganiających się po całym parku, zakochanych. Wszyscy lubili to miejsce. Każdemu przydałby się taki raj, gdzie mógłby się schować przed wszystkimi problemami. Na pewno człowiek byłby później silniejszy, a świat lepszy. Pod kwiaciarnią do przyjaciółek machał ich zleceniodawca. Po pracy, dziewczyny miały czas wolny i właśnie w taki sposób go spędzały. Każda z nich otrzymywała wielki kosz z długimi różami, które musiały sprzedać oferując je przechodniom. Wielkość sprzedaży była różna. Zależała od danego dnia i pory roku. Wiosną sprzedawało się ich najwięcej. W parku i w okolicach było pełno par, które chętnie kupowały róże dla siebie. Latem też było ich niemało. Zimą znajdowali się odważni. Ale sprzedaż zależała też od sprzedawcy. Uśmiech zawsze działał. I tutaj Basię pokonywała Tatiana. Na swój sposób to ona była najniezwyklejsza dla wszystkich. Miała błyszczące, szare oczy; czarne, lekko falowane włosy do łopatek. Była wysoka i niezwykle zgrabna. Nie jeden chłopak się za nią oglądał. Jej charakter był dziwny. Można powiedzieć, że oryginalny.
-Spóźnione?- Sapnęły.
-Właśnie jesteście punktualnie! Aż się zdziwiłem.- Pokiwał głową z niedowierzaniem, po czym podał trzy drewniane kosze każdej z nich. Tatiana popatrzyła bezradnie po białych różach i popatrzyła pytająco na niego.- Nie dziw się, białe są teraz bardzo modne. No idźcie już.
We trójkę przeszły przez bramkę parku i zanurzyły się w tłumie ludzi.
Drzwi otworzyły się niechętnie, a później do domu wpadła banda dzieci. Jola z mokrymi włosami i grzebieniem w dłoni powitała wszystkich. Jurek, Filip i Marcela- najmłodsi z całej rodziny- wybałuszyli na nią oczy. Nadzienie z jedzonego przez Marcelę pączka wypadło i poplamiło jej białą bluzkę, oraz zabytkowy dywan. Czterolatka wpadła w płacz. Od razu podbiegł do niej pełnoletni Arek biorąc ją w ramiona.
-A obiad? Co ty tu jeszcze robisz?- Zapytał wygadany Jurek. Filip spojrzał na nią niewinnie.
-Jestem głodny...- Zaczął nieśmiało. Jolka zdobyła się na odwagę, jednak jej ręce się nieprzyjemnie pociły. Nigdy przedtem nie postawiła się rodzinie. Odkąd Mama wyjechała z ojcem do Tajlandii na całe wakacje zostawiła ich pod opieką najstarszych dzieci.
-Jedzenie jest w lodówce.- Powiedziała stymulując głos na poważny. Najmłodsza córka państwa Makowieckich rozpłakała się jeszcze głośniej i zdjęła ubrudzoną koszulkę rzucając ją w stronę siostry.- Pralka w łazience. Należy dodać proszek i nalać płyn.- Cała rodzina patrzyła na nią ze zdziwieniem.- Zresztą... Napisałam całą instrukcję. Jest na pralce, a no i dałam przepisy w kuchni... – Coraz bardziej jej się to podobało. Ona mówiła, a oni ją słuchali. Przedtem nigdy tak nie było. Czuła, że robi radykalny krok w dziejach rodziny.- Kalendarz jest w przedpokoju. Tam jest wszystko napisane...- Teraz ta cisza wydawała się męcząca.- To chyba... Wszystko wyjaśnione...- Powiedziała, odwracając się na pięcie z chęcią odejścia. Nagle z całego tego tłumu wyskoczył Damian.
-Ty chyba żartujesz! Od zawsze Twoje miejsce było przy garach! Wracaj tam, wszyscy jesteśmy głodni.- Jego podniesiony głos zdenerwował siostrę.
-Nie od zawsze. Jesteś ode mnie o rok starszy. A Arek? Nie wspominając o Łukaszu. Czemu wy się nikim nie zajmiecie! Jestem tylko Waszą siostrą. Nie matką! Też mam życie!- Wykrzyczała. Wszyscy spuścili głowy, lecz nie poparli siostry. Sara podeszła i tak jakby przekroczyła linię wojenną.
-Ja jestem za Jolką. W końcu to ona nie jest najstarsza z nas, a przecież też ma swoje życie.- Popatrzyła wymownie na resztę.- Za dużo daliśmy jej na głowę.- Popatrzyła z przepraszającym uśmiechem.- Gdyby tu była mama...- Dodała już zupełnie cicho...
-Idziemy. Arek do kuchni, Damian umyć Marcelę. Filip i Jurek do lekcji! Sara, przecież ty masz lekcję włoskiego...- Nagle Łukasz zaczął wydawać bojowe rozkazy. Wszyscy zaczęli się szybciej ruszać i wykonywać jego polecenia. Jolka była oczarowana.- A czy ja coś mogę zrobić dla Ciebie?- Zapytał ze śmiechem zwracając się do młodszej siostry.
-Tak...- Pomyślała z rozmarzeniem i już chciała powiedzieć swoje marzenie gdy nagle wszyscy poczuli zapach spalenizny. Łukasz zaklął pod nosem i szybko pobiegł do kuchni... Dopiero Sara pomogła im ugasić płomień. A niby dwudziestopięciolatek to już dorosły mężczyzna.... A nie umie zapanować nad szóstką rodzeństwa...
Powoli zmierzała w stronę szklanych drzwi na drugim piętrze. W domu pachniało stylowymi perfumami pani Honoraty, która większość czasu spędzała w pracy, w szpitalu przy ulicy Brenga. Mieszkanie było urządzone w stylu nowoczesnym, z przewagą kwiatów i obrazów. Łazienka była cała oszklona, z elementami zieleni. Z sufitu zwisała wielka lampa ozdobiona zieloną rafią. Dziewczyna zrzuciła bluzkę na ziemię, po czym zsunęła spodnie i zawinęła się w miękki ręcznik. Nagle usłyszała dźwięk dzwonka do drzwi. Szybko zarzuciła szlafrok i zleciała na dół. Listonosz wrzucił korespondencję do skrzynki i uśmiechnął się szeroko. Ona zaskoczona wyjęła listy. Jeden do mamy, z banku. Drugi i trzeci były rachunkami. Na czwartym starannie zaadresowano jej imię i nazwisko. Pobiegła do pokoju i otworzyła kopertę. Z jej wnętrza wysypały się zasuszone kwiaty bzu. Przyłożyła je do nosa. Nadal pachniały. Ich lekka woń uniosła się w jej pokoju. Zniecierpliwiona otworzyła list i zaczęła czytać:
Lipiec
Droga Tania!
Już lipiec! Dopiero co, minął czerwiec. Tak powoli i pięknie. Pewnie widziałaś te kwitnące kwiaty, które wabią zapachami? U mnie od rana pachniało wszystkimi zapachami świata. Może to też przez fale morza, które pobudziły moją wyobraźnię. Nawet nie wiesz, jakie to wspaniałe uczucie czytać przy wschodzie słońca na plaży. Pamiętasz, jaka jest plaża przed moim domem. Bardzo dzika, osłonięta drzewami, które dają przyjemny cień. Ostatnio znalazłem bardzo ciekawy kwiat na wydmach. Miał szare kwiaty, takie same jak Twoje oczy.
Mama zajęła się zachodami słońca. W całym domu jest pełno farb. Nieudane obrazy wyrzuca do tego pokoju, który zawsze Cię tak ciekawił. Ona postawiła sobie bardzo wysokie wymagania. Moim zdaniem wiele wyrzuconych obrazów, jest naprawdę ładna. I wiesz, co? Zacząłem sam malować. Oczywiście, to nic profesjonalnego, ale to przynosi wiele satysfakcji i radości. Gdy tylko do nas przylecisz, pokażę ci jedne z moich pierwszych „dzieł”.
Właśnie, kiedy nas odwiedzicie? Na pewno Twojej mamie przyda się mały urlop. A co u Ciebie? Pracujesz dalej z Basią w tej kawiarni? Nie żebym miał coś, przeciwko, ale dla mnie ty tam nie pasujesz. Oczywiście nie dlatego, że nie do twarzy ci w fartuszku i z tacą w ręce, ale... Uważam, że przydałaby Ci się praca bardzie kreatywna.
U mnie jak zwykle- po staremu. Jakoś się wiedzie. Oprócz malowania, czytam wiele artykułów. Mnóstwo muszę Ci polecić. Dorywczo pracuję jako pomocnik bibliotekarza. Od czasu do czasu próbuję pisać wiersze. Pewnie pomyślisz- >Dymitr, ty oszalałeś!<. Nie, nie oszalałem Tania. Pogłębiłem się w labiryncie sztuki.
Dzwoń o każdej porze dnia i nocy. Ja prawie cały czas nie śpię, poluję na Ciebie w Internecie. Czekam na Ciebie. Wiesz, że hodowlany bez pachnie o wiele bardziej, niż taki dziko rosnący? Zgodnie ze zwyczajem, przesyłam ci go trochę. Pamiętaj, że oddałem z tymi gałązkami trochę mojej duszy!
Pozdrowienia dla mamy, Basi i Adriana, Jolki i jej rodzinki. A przede wszystkim Tobie posyłam moc uścisków i całusów. Trzymaj się jakoś w tej Polsce. Prześlij mi aktualne zdjęcia!
Dymitr
Odkąd Dymitr, najlepszy przyjaciel wyjechał za granicę, pisanie listów stało się ich nałogiem. Wysyłali minimalnie po jeden list w ciągu miesiąca. Jednakże, gdy bardzo za sobą tęsknili, potrafili takich listów napisać pięć, a nawet sześć. Poznali się w parku, pewnego majowego popołudnia. Ona z dziewczynami uczyły się do ważnego sprawdzianu, a on samotnie siedział na poniszczonej ławce i grał na gitarze. Choć był od nich rok starszy szybko wszyscy się zaprzyjaźnili. Okazało się także, że rodzice Tatiany i Dymitra znają się ze szkoły. To wszystko ich nagle połączyło. Stali się nierozłączni. Także Jolka i Baśka go polubiły. Adrian, starszy brat Basi zaprzyjaźnił się z nim. Dymitr nagle wszedł do życia wszystkich. I choć Tatianie wydawało się, że to tylko dobry przyjaciel, czasami zastanawiała się czy to nie coś więcej. Jednak on musiał wyjechać. Daleko. Na drugi koniec świata. Czasami się spotykali. On przyjeżdżał do rodziny, ona pojechała do niego. Ale bardzo rzadko. Wręcz za rzadko.
Uszczęśliwiona pobiegła do łazienki i biorąc ciepłą kąpiel myślała o liście. Co by napisać? Że pracuje jako bagażowy w Houseweek? Że dalej roznosi kwiatki? Że nie zamierza do niego wyjechać, bo jej matka zabrała wszystkie etaty na całe wakacje? Czasami wstydziła się własnego losu, bo nic ciekawego nie robiła. Po kąpieli zaświeciła małą lampkę nad łóżkiem przypominającą wielką żabę. Pokój rozświetlił się zielonym światłem. Tatiana włączyła radio, po czym z urządzenia wydobył się przyjemny dźwięk. Siadła przy biurku i zaczęła pisać. A pismo miała wspaniałe, wręcz niezwykłe. Postanowiła ominąć kilka fragmentów z jej życia. Przecież, nie każdy musi wiedzieć o wszystkim....
Lipiec
Dymitr...
Choć od naszego ostatniego spotkania minął jedynie rok czasu, to imię coraz trudniej przechodzi mi przez gardło. I zapominam je, tak jak zapomina się o zagubionej rzeczy. Powoli nasze światy się rozłączają, ty idziesz w lewo, ja w prawo. I nie sposób nas zatrzymać. Przecież wiesz, że nasza natura nie należy to najłatwiejszych w zrozumieniu. Tymbardziej moja. Oczywiście nie mówię nic o skończeniu tej wspaniałej przyjaźni i nawyku pisania listów, bo to by było okropne. Chodzi mi o to, że już nie mogę Cię nazywać przyjacielem. Znajomym tak, ale przyjacielem już nie. Bo ja nie wiem, jaka jest teraz Twoja ulubiona Książka. Jaki film ostatnio oglądałeś, czy z kim się teraz spotykasz. Nie umiem tego powiedzieć. Strasznie zaniedbaliśmy tą przyjaźń...
Praca jak praca. Jest dobrze. Powoli gromadzę pieniądze na ten wypad nad polskie morze. Każda z nas już ma prawie połowę zbieranej sumy. Mamy zamiar pojechać w sierpniu. Może pogoda nam dopisze... Przepraszam, ze ten list będzie taki krótki. Nie mam dzisiaj weny... Zdjęć nie prześlę, bo jak kiedyś- nadal jestem brzydka. Dziękuję za bez, wiesz, że go kocham. Uściskam wszystkich. Lecz mnie przydałby się bardziej silny kopniak, bym powróciła do rzeczywistości. Pozdrów mamę. Przepraszam.
Tatiana
Napisała ze smutkiem, schowała pióro, i zgięła list na pół. Znalazła kopertę i włożyła w nią białą kartkę pokrytą niebieskim pismem. Położyła się na łóżku i po przykryciu głowy żółtą pościelą, zasnęła. Za oknem słońce łagodnie chowało się za chmury. Stare wierzby położyły cień na długim łóżku dziewczyny. Telefon lekko zniecierpliwiony pisnął nieprzyjemnie. Po chwili śpiąca dziewczyna wynurzyła spod kołdry rękę, szukając urządzenia wydającego ten dziwny dźwięk. Nowa wiadomość. Na ekranie pojawił się komunikat: Pamiętam o Tobie. D
-Sara! Sara, choć mi pomóż!- Krzyczał rozgniewany Damian. To na jego barkach spoczęło pranie i prasowanie. Za dobrze mu to nie wychodziło, więc każdym razem, gdy coś źle zrobił wołał o pomoc siostrę. Jola była bardzo zadowolona ze swoich działań. Wszyscy jej bracia byli zabiegani, krzycząc coś i wymachując. Sprawiedliwie podzielili się obowiązkami, odciążając wszystkie siostry. One za to musiały tylko od czasu do czasu, coś upichcić.
Jolka z rana poszła do swojej nowej pracy. Z szerokim uśmiechem przywitała się z właścicielem domu i z radością stwierdziła, że to bardzo małe mieszkanie i mało w nim do sprzątania. Dopóki nie przedstawił swoich dzieci. Był ojcem piątki dzieci. Wszystkie miały po około pięć lat. Trzy dziewczynki i dwóch chłopców. Uprzejmie powiedział, że dopiero co się tu wprowadził, bo w tamtym tygodniu spaliło się ich mieszkanie. Wyraziła współczucie. Jej praca miała polegać, by posprzątała cały dom i zrobiła obiad dla dzieci, z którymi miała zostać do piętnastej. Potem miała wolne. Zadowolona ruszyła na podbój kuchni. Uwinęła się ze wszystkim w kilka godzin. Łącznie z zaniedbaną sypialnią, zakurzonym gabinetem i tą brudną łazienką. Na obiad postanowiła zrobić kotlety schabowe. Wdzięcznie gotując podbiegła do niej jedna z córek klienta.
-A Hubert brzydko powiedział na Ciebie!- Naskarżyła skrzeczącym głosem właścicielka wielkich, wręcz czarnych oczu.
-Hubert to Twój braciszek, tak?- Zapytała sadzając ją na wysepce kuchennej. Dziewczynka pokiwała wystraszona głową.- A jak na mnie powiedział?- Jej oczy wydały wrażenie jeszcze większych, gdy ich Pani zaczęła się czymś martwić.
-Powiedział, że jesteś gosposią!- Powiedziała zlękniona.
-Ach gosposią...- Odparła z ulgą. Spojrzała na chłopców, którzy przybiegli za siostrą.- Wasza Mama wraca o piętnastej.- Pokazała na zegarze, a wszyscy popatrzyli na nią z ciekawością.- I powiedziała, że jeżeli nie nakryjecie i nie przebierzecie się ładnie, to pójdziecie do mojego domu.- Z przerażeniem popatrzyli na nią, a ona świetnie bawiła się tą sytuacją.- A ja mieszkam w takich okropnych lochach, gdzie jest ślisko i żyje tam pełno robaków!- Cała gromadka dzieci popatrzyła po sobie z prośbą pomocy, po czym szybko zaczęła nakrywać duży stół. Po godzinie, dzieci siedziały grzecznie przy pięknie nakrytym stołem, ubrane w porządne ubrania.
Punktualnie wkroczyła do domu Mama. Była piękną i atrakcyjną kobietą. Była bardzo wysoka, miała blond loki, które spadały jej na ramiona. Wyglądała znakomicie. Za nią wszedł mąż.
-Kochanie, to Asia. Nasza gosposia.- Wytłumaczył pospiesznie mąż.
-Jola. Jola Makowiecka.-Poprawiła i przywitała uprzejmie się z Mamą.
-Makowiecka?- Pomyślała, prze chwilę.- Twoja mama nazywa się Jadwiga? Jadwiga Makowiecka?- Jolka pokiwała ze zdziwieniem.- Wiedziałam. Od początku mi ją przypominałaś. Wiga, nasza Wiga kochana!- Opiekunka i mąż spoglądali na nią w osłupieniu. Ona machnęła ręką i pogłaskała Jolkę po głowie.- Chodziłam z Wigą do liceum. Liceum Sportowe w Gdańsku... Och te czasy... Jak u Wigi? Widać, że ma wspaniałą córeczkę!
-Mama? U mamy świetnie. Została nauczycielką, uczy matematyki w podstawówce. A teraz jest z moim tatą, Aleksandrem Makowieckim w Tajlandii.- Rodzice słuchali ją uważnie.- Pojechali tam na wczasy. A my zostaliśmy w domu.
-My? To masz rodzeństwo?- Parsknęła.
-Tak... I to bardzo nieznośne, które w porę ujarzmiłam. Mam dwójkę sióstr i pięcioro braci. No i jeszcze Frog, nasz pies- Labrador żółty.-Wyrecytowała. Mama klasnęła ze zdumieniem.
-O jejku! Ależ macie rodzinę! Ośmioro dzieci...- Westchnęła.- No dobrze, a ty sobie tak dorywczo u nas pracujesz... To takie słodkie...
-Pani dzieci są w kuchni. Przebrane i umyte. Obiad już na talerzach. Wszystko posprzątane. Myślę, że na dzisiaj skończone.
-A tak, oczywiście...- Powiedział, wręczając jej wyliczoną kwotę.- Może przyjdziesz też pojutrze? Nasze dzieci chyba Cię polubiły...
-Oczywiście. Będę o tej samej porze, co dzisiaj. Przepraszam, ale jestem z kimś umówiona.- Powiedziała i pożegnała się z całą rodziną. Wskoczyła do autobusu i już była na Placu. Tam już czekały na nią przyjaciółki.
-Tanka, coś ty taka blada?- Krzyknęła, gdy tylko ją zobaczyła.
-Nie wiem, chyba chora jestem...-Powiedziała tuląc do siebie ciepły, kaszmirowy sweter. Jolka położyła swoją wielką dłoń na jej czole, po czym stwierdziła, ze gorączki nie ma. Baśka złapała się za głowę.
-Boże! Tu wszyscy chorzy... Moja mama wczoraj przyszła do domu i do teraz leży jak kłoda w łóżku. Ojciec w sądzie dzień i nocą. Adrian cały czas na placu maluje sprayami. A ja pewnie Anką będę się musiała zająć!- Powiedziała z rozpaczą. Jolka ukryła rozbawienie, chwyciła ją za ramię i powiedziała z ironią.
-Kochana, to bardzo miła robota. Pomagasz innym, a sama nawet nie dostajesz za to wynagrodzenia!
-To tak śmieszne, jak kawały o blondynkach...- Westchnęła Baśka.
-Czyli, że powtarzamy je od wieczności, a zawsze wszystkich śmieszą?- Zażartowała. Tatiana ledwo wstała.
-Powiedzcie Danielowi, że ja dzisiaj nie mogę rozdawać róż.- Dziewczyny wstały na równe nogi.- Jestem wykończona, głowa mi pęka. Wracam do domu.
-Co ty kombinujesz?- Zapytała podejrzliwie Jolka, ale ta już poszła.- Przecież to do niej nie podobne! Ona zawsze się czuje jak najlepiej!- Baśka popatrzyła wyrozumiale i wskazała na skrzynkę pocztową, umieszczoną kilka kroków od nich.
-Wysłała list. Może to ma coś z tym wspólnego?
-Przecież ona i Dymitr korespondują od ponad pięciu lat! Co w tym dziwnego, przecież musi coś wysyłać!- Powiedziała oburzona Jolka.
-Może i tak... Ale to dziwne... Może dzisiaj też zrezygnujemy z roznoszenia?
-Na jaką rzecz?- Zapytała z jeszcze większym zdenerwowaniem.
-Pogadamy z Dymitrem przez Internet.- Zaproponowała przyjaciółka.
-O nie!- Pokręciła głową.- Obiecałyśmy, że się w swoje sprawy nie wtrącamy!
-A co my nie jesteśmy przyjaciółkami Dymka? Pamiętasz jak go lubiłaś?- Dała jej kuksańca w bok.- Kiedyś nawet byłaś w nim zakochana!
-Kiedyś! Jako kumpel dla mnie jest wspaniały... A poza tym...
-Co poza tym?- Zaciekawiła się.
-Tatiana bardziej do niego pasuje.- Westchnęła.
-Nigdy nie mówiła, że łączy ją z nim coś więcej niż zwykła przyjaźń...- Mruknęła.
-Ja też bym nie mówiła, gdyby tak jak on wyjechał na te swoje Karaiby. Ty wiesz co ona musi przeżywać? Idziemy, może będzie w Internecie?- Zdziwiona entuzjazmem Jolki, Basia poszła za nią.
-I co?- Mruknęła zajadając gorący popcorn.
-Nie ma go.- Powiedziała z rezygnacją Basia klikając nerwowo w klawisze.- Po prostu go nie ma...
-Czasami tak jest...-Mruknęła Jola.- Chcesz trochę?- Zapytała. Na ekranie komputera pojawił się komunikat.
-Jest! Właśnie włączył komunikator!- Ucieszyła się.- To co- piszemy?
-Piszemy!
Ba$ka: Hej Dymitr!
Dymek: Jak tam, uśmiechnięta Basiu?
Ba$ka: A ja? Jestem tu- Jolka.
Dymek: Witajcie obie. Co zrobiłem, ze mam zaszczyt z Wami pisać?
Dziewczyny popatrzyły po sobie z niepewnością, po czym napisały:
Ba$ka: Tak pogadać... o życiu....
Ba$ka: ... o ludziach...
Ba$ka: ... o wspólnych znajomych...- Wyklikała Jolka, a Baśka nerwowo spojrzała na nią.
-Schodź, ja będę pisać!- Odkrzyknęła bojowo, a Basia potulnie zeszła z krzesła.
Dymek: Chodzi o Tania?
Ba$ka: Czemu ty ją Tania nazywasz?! Tak, o Tankę.
Dymek: Ładniej tak.
Ba$ka: Dla Ciebie. Czy między Wami się ostatnio nic nie wydarzyło?
Dymek: Masz na myśli, że nie widzieliśmy się od ponad roku? Tak, dużo się wydarzyło....
Ba$ka: Bo... Czy wyście się pokłócili?
Dymek: Nic mi o tym nie wiadomo...
Ba$ka: To wy tak... To wy nie gadacie?
Dymek: Tania ostatnio nie wchodzi na komunikator. Ostatnio jej list wysłałem. Nie wiem czy już doszedł.
Ba$ka: Ahh...
Dymek: Przepraszam Was bardzo, ale zrozumcie- u nas jest troszkę późno a powieki mi się kleją. Pozdrówcie moją Tanię. Pa!
Użytkownik Dymek jest niepodłączony.
-Taki masz z niego pożytek!- Mruknęła Jolka.- Ale wiesz co było dziwne... On napisał „moją Tanię”. To może ja miałam rację i między nimi naprawdę coś jest?- Uśmiechnęła się zawadiacko i zjadła kolejną porcję popcornu.
Pokój rozświetlało światło pochodzące od telewizora umieszczonego w salonie. Leciała amerykańska komedia.
-To ty, Tatianko?- Zapytała mama, leżąca na sofie i przeglądająca kobiecą gazetę. Córka zrezygnowana przysiadła się koło mamy.- Co jest?
-A nic, miałyśmy dzisiaj ciężki dzień- pełno osób kupowało róże.
-Aha...- Przytaknęła i pogłaskała po głowie córkę.- Wydaje mi się, że potrzebny jest Ci odpoczynek... Za dużo pracujesz...- Mruknęła pod nosem.- Pomyślałam, że może chciałabyś wybrać się na tydzień poza miasto? Może do Twojego kuzyna? Jaś z chęcią przyjąłby Cię w gościnę. Nie wiem co z dziewczynami, ale Ciebie by na tydzień u siebie z pewnością ugościli.
-Mamo, ale przecież ja jeszcze nie mam uzbieranych pieniędzy. Potrzebuję tego tygodnia.- Pokręciła głową.- Dziewczyny chyba mają już prawie całą ustaloną kwotę. A ja? Bagażowy dużo nie dostaje, a za kwiatki też dużo nie zarobię...
-Córeczko... Nie powinnaś brać wszystkiego na swoją głowę. Do Waszego wyjazdu zostały trzy tygodnie... Morze Wam nie ucieknie!- Uśmiechnęła się ciemnooka, farbowana brunetka. Postukała swoimi fioletowymi paznokciami w stół i wykrzyknęła z radością.- A może u Jaśka znajdziesz jakąś pracę? Oni przecież mają farmę! Może coś pomożesz, posprzątasz i takim sposobem odpoczniesz a zarazem zdobędziesz potrzebne pieniądze.- Córka jedna nie była tak przekonana do pomysłu pani Honoraty. Patrzyła ślepo w telewizor.- Zadzwonię do nich. A jak ty się zdecydujesz- to mów...
-Justynko! Chodź tu!- Krzyczał ojciec goniący złośliwą dziewczynkę. Jolka po raz kolejny stanęła w drzwiach domu pracodawców. Zajmowała się już ich domem drugi tydzień. Dzieciaki od razu rzuciły się nastolatce na szyję, nie pozwalając jej przywitać się z ich Tatą. Dzisiaj wyglądał niewyraźnie- spuchnięte oczy, otępiałe ruchy i ciągle narzekał na ból głowy. Po szybkim przywitaniu zastukały buty Mamy. Natychmiast po całym domu rozniósł się zapach jej perfum. Jolka wiedziała, jaką perfumę używa- sprawdziła ostatnio w centrum handlowym. Pomyślała, ze nawet pracując u nich przez cały rok nie zdołałaby uzbierać sumy równej cenie z pozoru malutkiej buteleczki. W obcasach Mama wydawała się wyższa i jeszcze bardziej smukła, niż była w rzeczywistości. Włosy upięte w kok, a na głowie okulary słoneczne- tak nie wyglądała przeciętna bizneswoman. Już bardziej jakaś projektantka mody, lub aktorka. Jolka bacznie obserwowała Mamę, która przymierzała dwie pary kolczyków. We wszystkich wygląda znakomicie.
-Asiu, możesz iść do sklepu? Nic nie kupiłem ostatnim razem i mamy zupełnie pustą lodówkę!- Zmartwił się Tata i po raz kolejny pomylił imiona opiekunki.
-A ty idziesz? Będziesz leżeć plackiem w domu. Pewnie masz temperaturę, jeszcze pozarażasz dzieci. Idź do sypialni i zażywaj wszystko, co ci przepisze lekarz. Zamówię go na dwunastą.- Uśmiechnęła się do dzieci.- A Wy bądźcie grzeczne, bo inaczej to wiecie, co...- Pogroziła palcem.- A ty, Jolu pilnuj tutaj wszystkich. Możesz zostać do piętnastej?
-Dzisiaj to mam czas nawet do wieczora! Z przyjemnością posiedzę z małymi do piętnastej...
-Świetnie. W takim razie do zobaczenia.- Zabrała torebkę, pomachała wszystkim na poleganie i wsiadła do czarnej limuzyny, po czym odjechała.
Dziewczyna usiadła w przedostatniej ławce, otworzyła zeszyt i zaczęła schludnie notować słowa nauczyciela. Narodowy Włoch powtarzał w nieskończoność jedno słowo, a całą grupa musiała je w kółko powtarzać. Na kurs chodziło trzydzieści osób. W tym dwie staruszki, piętnaścioro dorosłych i jedenaście dziesięciolatków. No i oczywiście Sara, oraz jeden chłopak, który ciągle milczał i przykrywał twarz kapturem. Lekcja nie zapowiadała się na jakąś szczególną. Dzisiaj przerabiali słówka związane z rodziną. Nic ciekawego na pierwszy rzut oka. Sara udając notowanie, w kółko kreśliła gwiazdki na końcu zeszytu. Trwało to ponad godzinę. Nagle nieznajomy chłopak wstał i podszedł do Włocha. Zaczął coś do niego mówić szeptem, jednakże Sara nie wyłapała ani słowa z ich rozmowy. Młody, był najwyraźniej podekscytowany, a Włoch przerażony. Potakiwał beznamiętnie chłopakowi. Jakaś blondynka podzieliła zaciekawienie ich rozmową z Sarą.
Wszystko nagle działo się bardzo szybko. Nastolatek wyjął broń spod bluzy, celował we Włocha, a po chwili już leżał nn ziemi skuty kajdankami. W drzwiach stanęli policjanci i niezwykle piękna kobieta. Na głowie miała okulary i ustala coś z dyrekcją szkoły językowej, która od razu przybiegła na miejsce zdarzenia. Uczestników przeproszono i zwolniono przed końcem zajęć. Sara miała wolne popołudnie. Od razu wybiegła z budynku i pospieszyła do parku.
Dziewczyna kołysała się delikatnie przy zielonej wierzbie. Ta natomiast szumiała namiętnie, szarpiąc włosy dziewczyny. W odbiciu zauważyła swoją zapłakaną twarz. I te jej szare oczy- tak wpatrzone w swoją, beznadziejną i pustą twarz. Pokazała sobie język. Nie poczuła ulgi. Schyliła się i podniosłą zwykły, mały kamyk. Rzuciła nim w taflę wody. Kamień wpadł robiąc cichutki hałas i tworząc wodne kręgi rozchodzące się po jeziorze. Wrzuciła jeszcze jeden. I jeszcze. Opadła pod drzewo i odchyliła głowę do tyłu. Na niebie były białe obłoki. Wyjęła z plecaka komórkę, po czym rzuciła ją za siebie. Usłyszała trzask. Chciała odwrócić się i podnieść ją, schować do plecaka, lecz została na swoim miejscu. Ślepo wierzyła, że komórka przynosi jej nieszczęście. Tymbardziej o dwudziestej, gdy przychodziły komunikaty o nowych wiadomościach. Nie chciała o tym wiedzieć. Po co jej były te wiadomości? Po co te adresowane do niej maile? Odbierane wiadomości z komunikatora? Miała to w nosie, co kto do niej pisał. I tak siedząc wpatrywała się w swoje beznamiętne odbicie.
-Co?! Jak to zniknęła? Przecież miałeś jej pilnować!- Krzyczała z gniewem w słuchawkę. No tak-pomyślała.- Faceci nic nie umieją załatwić.- I nacisnęła czerwony przycisk na najnowszym modelu komórki. W domu panował spokój. Wszystkie dzieci spały smacznie lub oglądały telewizję w salonie. Natomiast Tata czytał prasę w swoim łóżku. Jolka siedziała bezradnie na taborecie w kuchni. Za pięć minut piętnasta. Czas dłużył się niemiłosiernie. I jeszcze ta Sandra. Ten jej feralny kurs włoskiego. Nie, tego za wiele. Chwyciła plecak i wybiegła z mieszkania trzaskając drzwiami.
Kopała świeżo pomalowaną ławkę w parku. Nie wiedziała co, z sobą począć. Spojrzała na jezioro. To w nim przed laty kąpała się z przyjaciółkami. To właśnie tam, kiedyś pływało całe miasto w upalne dni. Teraz to miejsce opustoszało. Była to ta rzadko odwiedza cześć parku. Czasami przychodziły tu pary zakochanych, którzy nie wiedzieli gdzie mają iść. Ona jednak zamierzała odpocząć pod wierzbą, z którą łączyła wejście w dorosłość. To właśnie tam, pod tą jedną wierzbą, których jest tysiące w mieście, właśnie pod tą jedną, Kuba Grużmicki wyznał jej miłość. I choć to była błahostka, takich rzeczy się nie zapomina. Z aparatem na zębach, w poplamionej barszczem bluzce powiedział słowo, które każda dziewczyna chciałaby usłyszeć. Oczywiście Jakub się zmienił. Teraz to poważny chłopak, przeniósł się do Warszawy i tam uczęszcza do liceum matematycznego. Ile ona by kiedyś dała, by tam się uczyć. Jednakże teraz chciała iść tam gdzie siostra, która tak ambitnie stąpa po ziemi. Zresztą zawsze po siostrze będzie miała reputację. I lepiej się tam zaaklimatyzuje. W końcu to szkoła z wysokim stanem nauczania.
Już byłą blisko ukochanego drzewa. Jednakże zauważyła dziewczynę o śniegowej karnacji, która głęboko się nad czymś zastanawiała i najwyraźniej nie zamierzała szybko zmienić miejsca.
-Mogę się dosiąść?- Spytała niewinnie podchodząc do dziewczyny. Ta odwróciła twarz. I Sara poznała przyjaciółkę siostry- Tatianę. To ta, o której tak dużo mówi jej rodzina, bo dziewczyna jest z dobrego domu i zawsze wszędzie wychodzi z przyjaciółkami. To z nią Jolka miała jechać na wakacje; to właśnie Tatiana pomagała Sarze w matematyce, gdy ona miała jakieś problemy.
Uśmiechnęła się niemrawo. Pokiwała sławo głową.- Cześć Sara. Dawno Cię nie widziałam.- Wyznała szczerze i otarła łzy chusteczką higieniczną.
-Witaj, witaj. Widzę, że ty też masz ochotę na popłakanie w samotności...
-Nie... Wiesz, długo nie płakałam i zebrał mi się za duży zapas łez.- Uśmiechnęła się sztucznie.
-Powiesz, o co chodzi? Czy wolisz siedzieć w ciszy? Jednym pomaga to, inni wolą rzucić się do rzeki. Ty, co wybierasz?
-Ciepłą kąpiel, Sara.- Wstała.- Przepraszam, ale późno już się zrobiło. Tylko ty nie rzucaj się pod pociąg, bo by się Jolka zapłakała. Pozdrów ją. Pa- i uniosła rękę w celu pomachania. I już jej nie było.
Słonecznie opalona dziewczyna, z niebieskimi oczami i blond włosami siedziała przed budynkiem wielkiego LO przy ulicy Wierzbnickiej. Na plecach miała zarzucony czerwony sweter, a pod nim śliczną bluzkę w kwiatowe wzory. Dbale poprawiła jeansy. Kosmyki jej włosów dotykały jej ramion, a usta bezgrzesznie uśmiechały się do wszystkich dookoła. Rzadko kto przychodził w wakacje pod szkołę. A ona siedziała czytając gazetę i myślała o niebieskich migdałach. Podszedł do niej wysoki chłopak- bardzo przystojny- nonszalancko wręczył czerwoną róże i wyciągnął w jej stronę rękę. Dziewczyna musnęła go w policzek, jednakże wstała o własnych siłach. Raniąc się w palec kolcem, rzuciła różę na ziemię i przeszła przez bramy szkoły. Promienie słońca oświetlały jej sylwetkę, aż doszła do zakrętu i bez chwili wahania skręciła w ślepy zaułek. Chłopak popatrzył bezradnie na kwiat i poszedł w przeciwnym kierunku. Tych dwoje już nigdy się nie spotkało.
-Kochanie, gdzieżeś ty była!- Krzyknęła z rozpaczą Jolka witając młodszą siostrę. Sara weszła bez popłochu i siadła bezkarnie na fotel przed telewizorem.
-A ty tak bez słowa wytłumaczenia?- Zapytał wkurzony Arek.- Mówże gdzie byłaś!
-A tak a pro po to też z kim!- Powiedział lekceważąco Łukasz.
-Nie Wasza sprawa gdzie i z kim chodzę!- Krzyknęła i dalej oglądała telewizor. Jolce brakowało słów. Takiej siostry nie znała. Rozumiała- ze trudny dzień, ze to taki okres, że ona dojrzewa. Ale ona nie była taka wredna w jej wieku. I po raz kolejny zaczęło jej brakować wolnego oddechu mamy, która wszystko umiała wyjaśnić. Sara sama zrozumiała sytuację i jej powagę i wyszła z pokoju. Zamknęła zamek i siedziała tak do północy. Cała rodzina zasnęła zdenerwowana w salonie. A Sara w ciszy spakowała największą torbę i wyszła równo o dwunastej w nocy z domu.
-Jak to u Ciebie?- Zapytała zaspanym głosem Jolka. Okazało się, ze jej siostra przybłąkała się do jej przyjaciółki tuż Pio wyjściu z domu. Pani Honorata przygarnęła zgubę, jednak nakazała jej wrócić o ósmej do domu. Sara nie chciała. Dopiero, gdy Łukasz po nią przyjechał, wsiadła smutno do auta i odjechała. Żadna kara nie poskutkowało. Ona dalej siedziała martwo w swoim pokoju i do nikogo się nie odzywała. Jolka zabrała jej telefon. Poskutkowało- Sara zaczęła pisać. Obiecała, że da rodzeństwu list pod koniec tygodnia.
Tatiana sprzątała rzeczy ze stołu po zjedzonym śniadaniu. Mamy już nie było, miała rano dyżur. Jej córka jednak nie miała dzisiaj nic do roboty. Była środa. Jej przyjaciółki od ósmej zaczynały pracę. A ona weszła na komputer. Wpisała automatycznie nick i weszła na warszawski czat.
<tan> wszedł do pokoju Wesoła Warszawka
<july> Hej tan. Jak możemy ci pomóc?
<Gadula> Tan? Jakoś z Mulan mi się kojarzy
<july> Przestań, bo zestresujesz chłopaka.
<Roza> Tak, brzydką płeć łatwo zdenerwować...
<tan> Wiesz coś o tym?
<Gadula> Odezwał się nieznajomy.... Powiedz nam coś o sobie...
<tan> Po pierwsze to w dzieciństwie nie oglądałam bajek Disneya, wybacz...
<Gadula> Ona? Wygadana, nie ma co.
<milusińnki> wszedł do pokoju Wesoła Warszawka
<july> Z Wawy?
<milusinski> Rzucę się pod pociąg...
<Gadula> Powodzenia, tylko nie zapomnij rozkładu jazdy!
<july> Pokoik Zdesperowani obok. Zaprowadzić?
<milusiński> To moje ostatnie chwile. Podajcie mi swoje imiona, a przekaże je Bogu jak do niego dojdę.
<july> O ty duchu nieczysty! O ty duszo nieludzka! Idź, wynoś się. Ty potworze jeden xD
<Gadula> Ty, koleś- nie rzucaj się. Nie warto -.-
<milusinski> opuścił pokój
<Roza> Ludzie różne pomysły mają...
<tan> Jedni marzą o pomysłach, inni je rozdają...
<Gadula> Ale z Warszawy, tan?
<tan> Nie, z daleka.
<Roza> Ja też nie.
<july> Róża mi się dzisiaj źle kojarzy.
<Gadula> Dziewczyna rzuciła?
<july> A można tak powiedzieć?
<Gadula> A jak było?
<july> Ona nie była moja...
<Gadula> A czyja?
<july> Życia. Taka namiastka gwiazdy stąpającej po ziemi. Była moją gwiazdą. Moim stróżem. Czy anioł stróż opuszcza swoich podopiecznych???
<Roza> Morał jeden- to nie był stróż.
<tan> A może jakiś niedoświadczony stróż? Nieoszlifowany diament.
<july> Dałbym jej wszystko, czego by chciała.
<Roza> A co by chciała?
<july> Nie wiem...
<Roza> A może chciała tego, żebyś ją zostawił?
<Gadula> Czyli miłość nie istnieje...
<july> Ostatnio się załamałem, że Karol nie kochał Diany. Umarł mój autorytet miłości
<kooza> wszedł do pokoju Wesoła Warszawka
<Gadula> A mleko daje ta koza?
<kooza> Nieee. Ale za to daję nadzieję.
<tan> Koza nadziei. Dobre. Gdzieżeś to wyczytał?
<Roza> W źródle życia, jak mniemam.
<kooza> Czytałaś? Dla mnie świetna.
<july> Co to- lektura, powieść czy film?
<Gadula> A film się czyta, głupku?
<july> Scenariusz się czyta!
<Gadula> To napisz scenariusz, a nie film.
<july> Z głowy mi wypadło. A ty się uczep innego.
<tan> Chłopaki, a wy z Wawy?
<Gadula> Od dziecka tu mieszkam. I jestem z tego dumny.
<kooza> A ja od dziecka w Szczecinie.
<july> A ja w fajnej wiosce. I fajne licea mamy...
<Gadula> Czemu o liceach zacząłeś mówić?
<july> Tak jakoś...
<Roza> Ja lecę...
<july> Nie odbieraj mi jedynej nadziei, że są jakieś porządne kobiety Zdradź mi, chociaż swoje imię.
<Roza> Nie wierzysz, że Róża?
<july> Powiedz prawdę.
<Roza> Julia.
<Roza> opuścił pokój
<july> Julia?! O do diabłu stu! Nie ma kobiet na tym świecie!
<july> opuścił pokój
<Gadula> Zostaliśmy we dwoje... Czujesz atmosferę?
<tan> Rozgrzaną do granic możliwości. Spadam.
<tan> opuścił pokój
<tan> wszedł do pokoju Wesoła Warszawka
<tan> Czekaj...
<Gadula> Taak?
<tan> A jak ty masz na imię.
<Gadula> Znasz bajkę o Anastazji???
<tan> Dymitr?! O do tysiaca diabłów. Wynoszę się stąd.
<tan> opuścił pokój
<Gadula> Jaki Dymitr? Ja Aleksander. Aleksander... Jak brat Anastazji... Kobiety są dziwne...
-Tanka, Baśka ma za trzy dni urodziny!- Krzyknęła rozradowana Jolka wychodząc z pracy.
-O kurcze! Zapomniałam totalnie. Mamy coś dla niej?
-Oryginalny prezent załatwiłam...- Wyszeptała z dumą Jolka.- Chłopaka.
-Czyś ty zwariowała? Dziewczyno, czy ty nie znasz naszej Basi? Naszej pracowitej i sprawiedliwej Basi? Jej chłopaki nie w głowie!
-No może rzeczywiście, ale on jest taki słodki...
-Puknij się w czoło i policz do stu. Następnie się ubierz i wsiadaj do 198. Będę czekać pod sklepem. Pa!- Powiedziała, odłożyła słuchawkę i szybkim ruchem nacisnęła na przycisk, odbierający pocztę. Przyszły trzy wiadomości. Dwie od Dymitra, jeden spam. Jakaś nieokreślona siła kazała jej otworzyć pierwszą wiadomość zatytułowaną „Bez”.
Tania, kusząca oczy Ty moja! Gdzieżeś swe wdzięki podziała, gdzieżeś swe serce ukryła! Przed mymi oczami, z którymi wilk się chowa, gdzieżeś schowała swe grzeszne atuty? Kochać Cię prędzej, niż umierać w trwodze! Czyż ja szans u Ciebie nie mam? Czyż ma dusza nie czysta jak dla Ciebie? Czyż me oczy kłamstwa szepczą Twoim uszom? Czyż ja jestem jakiś inny? Czyż ja jestem niepoprawny? Wiązki bzu już nie prześlę. Bo mi nadzieję odebrałaś we śnie.
Najdroższa,
Wiersz może nie jest największej wartości, ale jest dedykowany Tobie. Właśnie Tobie.
Obiecuję naprawę. Zrobię wszystko, co tylko będziesz chciała. Uwierz we mnie. Odpisz, napisz. Czekam. Nie wytrwam tak długo. Nie pozwól mi zwątpić.
Przeczytała raz jeszcze obie wiadomości i szybko wyłączyła komputer. Zasznurowała białe adidasy i wyskoczyła z mieszkania.
Młody, ciemnooki brunet podążał leśną ścieżką. Było już grubo po piętnastej. Zaczęło mu burczeć w brzuchu. Kąpał kamienie i wpatrywał się w obraz przed sobą. Młode wierzby kołysały się łagodnie, wysokie topole świstały ochoczo. Wrócił się. Miał jedynie kilka metrów do domu. Nie umie się zachwycać. Nie umie pojąć piękna świata. On tak nie umie.
-Jestem!- Mruknęła zdyszana Jolka.
-Świetnie. Chodź, zaczynamy od tego- Pokazała palcem na mapę centrum handlowego.
-Buty? Ona ma pełno butów!- Odburknęła.
-A może jakaś fajna ramka? Coś śmiesznego.-Zastanowiła się Tatiana. Zdecydowały się po dłuższej chwili na odwiedzeniu kilku sklepów z książkami. Po trzech godzinach były gotowe- miały prezent zapakowany w ozdobny papier i schowany w wielkiej, kolorowej torebce.
-Baśka będzie zachwycona... Tanka... Coś jest nie tak?- Zapytała nieśmiało Jolka. Usiadły na jednej z ławek ustawionych wzdłuż głównej uliczki największego centrum handlowego w ich mieście. W ich pobliżu była wielka fontanna tryskająca kolorową wodą.
-Nie... Wszystko dobrze.- Uśmiechnęła się, ale ten uśmiech nie był taki przekonujący.
-Gdyby coś... No wiesz- zawsze możesz na mnie liczyć!
-Jasne.- Popatrzyła w oczy przyjaciółki. Były takie zielone, pełne nadziei. Koło nich przeszła grupka chłopców z ich klasy. Odwrócili się i przywitali z dziewczynami.- Janek! Grzesiek! Dawno Was nie widziałyśmy.
-Tak, tak to jest jak zaniedbuje się przyjaciół.- Odburknął wesoły Jaś.- Jak tam u Was?
-Jakoś leci.- Odpowiedziała Jolka.- Jedziemy na wakacje.- Pochwaliła się.
-Naprawdę? Gratulacje za odwagę!- Grześka- niskiego i z dziecięcymi rysami chłopaka, znały od przedszkola. Wychowywali się w jednej dzielnicy z Tatianą, chodzili do jednej podstawówki, jednego gimnazjum, a od roku do jednej klasy w liceum. Byli klasą humanistyczną. Bardzo szanowaną. Matematycy rzadko zdobywali jakieś sukcesy, a oni wręcz przeciwnie. Tanka często jeździła z Grześkiem na olimpiady polonistyczne. Może nie byli orłami z gramatyki, ale za „styl” pisania powinni dostać Oscara.
-A wiecie co... Baśka organizuje jakieś party dla nas?- Zapytał Janek.
-Nie zapomniałeś! Nie wiem... Ale możemy jej zrobić...
-...taki suprise!
-Mhm... Powiemy a kuku i będzie po sprawie!- Machnęła Tatiana.- Czy wy głowy nie macie. Przecież nie zorganizujemy jej nic w przeciągu trzech dni.
-Czyli ja się czuję zaproszony.- Śmiał się Janek.
-To u Ciebie! Ty masz duże mieszkanie!
-A czemu nie u Tanki? Ona mieszka w domu!- Kłócili się z Jolką jeszcze przez dobre pięć minut. Janek odszedł z Tatianą na bok, tak żeby pozostałą dwójka ich nie słyszała.
-Co z Tobą? Źle wyglądasz. Chora?- Zapytał czuło. Nie był taki jak Grzesiek. Miał ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu i grał w szkolnej drużynie koszykarskiej. Nic dziwnego- z jego wzrostem nie wypadałoby mu zajmować się czymś innym. Był bardzo sympatyczny i miły. Rok temu był z Tatianą na obozie. Tam dziewczyna poznała go jeszcze z innej strony. Nie był już tym odległym chłopakiem z drużyny. Zaprzyjaźnili się. Pokazał jej swoją drugą twarz. Ale na koniec roku ich stosunki oziębły. Tatiana nie chciała już jechać na obóz, odmówiła mu. On się zdenerwował, myślała, ze to przez niego. Jakże się mylił.
-Nie, zdrowa. Wszystko w porządku.- On popatrzył na nią uważnie. Uśmiechnęła się z trudem.
-A wy co tak odeszliście? My tu ważne sprawy omawiamy, a wy co!- Obudził ich Grzesiek. I tak zajęli się organizacją spotkania urodzinowego Baśki. Będzie miało ono miejsce jednak w domu Tatiany.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
    Najlepsza rozrywka dla młodzieży w sieci!. Super włosy i fryzury tlyko u nas. Wybierz najlepszy telefon komórkowy, odtwarzacz mp4, prezent. Odchudzanie, jak szybko schudnąć?. Doładowania online, gry online. Najlepsze forum młodzieżowe w sieci. zarabianie przez internet, konkursy internetowe. gry, tapety, dzwonki na telefon, komórkę, java. Super muzyka, filmy, telefony za małe pieniądze. Młodzieżowe kosmetyki i uroda. Super ubrania, ciuchy, obuwie, buty. Załóż sobie forum, bloga. Wszystko dla nastolatków i młodzieży na naszym forum młodzieżowe .