forum młodzieżowe
  •  FAQ  •   Szukaj  •   Użytkownicy  •   Grupy  •  Rejestracja  •   Zaloguj  • 

Poprzedni temat :: Następny temat
Novem
Autor Wiadomość
Seville
[Usunięty]

Wysłany: Wto Lip 24, 2007 09:05   Novem

Moja nowa książka "Novem" dopiero się rozkręca. Obiecuję, że wstęp się różni od reszty. Będzie to powieść przygodowo-kryminalna. Wszystko się bedzie... a zobaczycie kiedyś... Nie wstawiam całości (jeszcze całości nie mam xD), a tylko wstęp. Więcej Wam nie zdradzę. Moze kiedyś w księgarni będzie się ona świeciła na hebanowej półce... No nie wiem. Kto chce porwać linę przygody, niech czyta:


Novem


1

Wszystko zaczęło się w przeddzień moich dziewiątych urodzin. Wcześniej byłem zwykłym dzieciakiem. Każdy dzień był rutyną. Śniadanie, szkoła, później zabawa z kolegami z podwórka, uczenie się tabliczki mnożenia. Nie zapowiadało się, żeby coś się miało zmienić. Urodziłem się w Barcelonie, a trzy lata po moim narodzeniu przenieśliśmy się do małego miasteczka oddalonego od Barcelony kilometrami. Mama opowiadała mi, że gdy przyszedłem na świat, wstał wschód słońca nad miastem. Mówiła, że wszyscy cieszyli się, na moje narodzenie. Szybko przekonałem się, że tego owego dnia, czyli 9 września 1872, ludzie nie czekali na mnie, nie wyczekiwali mojego pojawienia się wśród nich. Jakie znaczenie dla Ziemi, miałoby być narodzenie się pomarszczonego bobasa na tym świecie pełnym łez i bólu. Ale moja mama zawsze powtarzała, że jestem wyjątkowy... Serce uwierzyło, że mogę mieć jakieś nadzwyczajne zdolności. Ale nie, wierzcie mi- byłem najzwyklejszym chłopcem. Nie miałem planów na życie, nie wiedziałem, co będę robił za tydzień. Żyłem każdą chwilą i nie przejmowałem się przyszłością. Miałem przecież wszystko, co było mi potrzebne- jedzenie, łóżko, miłość mamy.
Pochodziliśmy z bogatej rodziny, miałem mnóstwo krewnych, ale żadnego z nich nie spotkałem. Mama opowiadała mi, że czasami w ich domu, we Włoszech, jej rodzice organizowali wspaniałe przyjęcia, na których bywali sławni ludzie. Gdy miała siedemnaście lat wyjechała do Hiszpanii. Podobno tutaj poznała ojca, Georg’e. Ale to nie był mój ojciec. Matka nigdy mi tego nie powiedziała, ale wiem to. To nie mógł być mój ojciec. Pogrążony wiecznie w nałogu, siedzący godzinami w stodole, nieuprzejmy dla wszystkich? Jak mógłbym mieć takiego ojca? Dlatego nigdy nie mówiłem do niego tato, szczerze mówiąc nie odzywałem się do niego w ogóle. Podejrzewam, że do mamy też się nie odzywał. Mówiła, że go kochała. Jak można było kochać, takiego człowieka? To była jedyna rzecz, której nienawidziłem w mojej mamie. Gdyby go nie było, może wszystko byłoby inne. Może teraz byłoby inaczej? Ale tak się stało i nic nie odwróci tego.
Na następny dzień, były moje urodziny. Mama piekła czekoladowy tort, a ja siedziałem w swoim pokoju. Lubiłem marzyć, przenosić się w czasie, przemierzać odległe krainy... Nagle ktoś wrzucił kamień przez okno.
-Eug! Eug! Zejdź!- Wołał znajomy mi głos. Nazywał się Jeremiasz, a wszyscy na podwórku lubili się z nim bawić. Był bardzo koleżeński i pomysłowy, jego niebieskie oczy budziły spokój w sercach. – Eug, jak nie zejdziesz, to rozbiję Ci szybę!- Krzyczał. Wszyscy, których znałem, wołali na mnie Eug. Nikomu nie chciało się wymawiać długiego i mało ciekawego imienia- Eugeniusz. Eugeniusz Smiewddea. Brzmiało to obco i śmiesznie. Jednak mama zawsze powtarzała, że nazwisko to tylko słowo. Naszym prawdziwym nazwiskiem i wizytówką jest serce.
-Już skaczę!- Odkrzyknąłem, ubrałem dziurawe buty i przeskoczyłem przez nisko położony parapet. Pomachałem mamie na pożegnanie i pobiegłem za przyjacielem.

Jeremiasz zaprowadził mnie na wielką łąkę, którą my nazywaliśmy Polaną Rozpaczy. To tutaj zginęła matka i trzy siostry mojego przyjaciela. Często tu przychodziliśmy, siadaliśmy pod wielkim drzewem i szeptaliśmy sobie wszystkie nasze smutki. Nie wiedziałem jednak, dlaczego on jest smutny. Jutro były moje urodziny, nie zaprosiłem go, bo ten dzień miałem spędzić z mamą, nad morzem. To miał być mój pierwszy wyjazd poza Barcelonę. Bardzo się cieszyłem, on jednak nie miał takiej wesołej miny.
-Eug...Wiem, że jutro są Twoje urodziny, ale... Muszę Ci coś powiedzieć.- Pokiwałem głową, dając mu znak, żeby zaczął.- Mój ojciec zabronił mi się z Tobą widzieć. Do końca życia, rozumiesz?- Uronił łzę. Zakrył twarz. Starszym nie wolno płakać, taka była zasada. Czternastoletni Jeremiasz, połknął łzę i spojrzał na rozciągający się przed nimi krajobraz.
-Ale dlaczego?- Zapytałem radośnie z nutką smutku. Z początku myślałem, że tylko żartuje. Ale jego głos był bardzo poważny. Nagle stał się taki dorosły...
-Ze względu na Pana Georg’a. Ostatnio przyszedł do niego i nie wiem, co się dalej stało. Musiałem zostać w pokoju. Później przyszedł ojciec i zaprowadził mnie do pokoju mamy. Powiedział, że nie możemy się już razem bawić. Jeśli zrobię inaczej, tata wyśle mnie do moich kuzynek, do Anglii. Wiesz, jak ich nie cierpię.- Przełknął ślinę.- Więc uważam, że najlepszym wyjściem, byłoby gdybyśmy przestali się kolegować.- Otarł łzy rękawem i odszedł w stronę domu. Ja jeszcze siedziałem przez kilka godzin i rzucałem kamieniami przed siebie. Kiedyś robiliśmy to samo z Jeremiaszem. Jednak ta zabawa przyjęła już nowe zasady... Tak samo jest z życiem... Najpierw idziemy z kimś, a później ktoś puszcza nagle naszą rękę...

Gdy zaczęło się ściemniać, wstałem i poszedłem w stronę miasta. Spotkałem kilku kolegów, którzy składali mi gorące życzenia. Pani Huertes, bibliotekarka krzyczała, nawołując mnie, abym wszedł do środka. Biblioteka była małym, zagraconym pomieszczeniem, a jego właścicielka pomimo wszystko kochała to miejsce. Już od pierwszych kroków było czuć stare i zniszczone książki. Było ich mnóstwo, regały ciągnęły się w nieskończoność, a pomiędzy nimi drobna osóbka biegała ile sił w nogach.
-Buenas tardes!- Uścisnąłem jej rękę, była filigranowa i szorstka. Palce były kruche, miały za sobą pokaźną historię. Pewnie wciąż sortowały karty mieszkańców miasteczka; przeszukiwały regały, w celu znalezienia szukanej książki.
Zrobiło mi się żal tej osoby, która spędziła całe życie, poświęcając się innym. Była samotna i rzadko widziano ją w towarzystwie przyjaciół. Opowiadano mi, że bibliotekarka w przeszłości była inną kobietą. Wesołą, szaloną, rozrywkową, To było wtedy, kiedy żył Pan Huertes, jej mąż. Od wielu pokoleń biblioteka była prowadzona przez jego przodków. Państwo Huertes podróżowali po całym świecie, zbierali książki z najodleglejszych zakątków świata, właśnie wtedy prowadził bibliotekę syn Koloriste. Koloriste był legendą tego miasteczka. Był to dziadek Pana Huertes. Był bardzo tajemniczą osobą i tylko nieliczni znają, choćby kawałek jego życiorysu. Niewiadomo, kiedy się tu osiadł, najstarsi mieszkańcy mówili, że był tu od zawsze- rzadko wychodził, a swoje książki traktował jak Boga, w którego zresztą nie wierzył, bo ani razu nie widziano go na mszy w katedrze naszego miasteczka. Pewnego dnia zauważono jego syna, który miał ni mniej ni więcej jak dwadzieścia lat. Pojawił się nagle. Były plotki, że Koloriste ukrywał go przez jego młodość w piwnicy mieszkania. Syn także był dziwny. Nie chodził do szkoły, rzadko o sobie mówił, jeśli w ogóle coś mówił. Czasami przychodził do baru, siadał przy pustym stoliku i sączył alkohol w swoim towarzystwie. Gdy Koloriste zachorował na jakąś poważną chorobę, mieszkańcy nie widzieli go już ani razu. Jego syn ożenił się z jakąś nieznaną dziewczyną i opiekował się ojcem. Po pewnym czasie ojciec zmarł. Nie było pogrzebu. Jego najbliżsi zachowywali się tak, jakby nigdy nic się nie stało. Było to owiane tajemnicą, jednak nikt nie chciał drążyć tego tematu. Rok później urodził się Pan Huertes, który po ukończeniu pełnoletniości wyjechał do Ameryki. Spotkał tam gdzieś właśnie swoją przyszłą małżonkę. Byli bardzo szczęśliwym małżeństwem. Kochali książki, a ta pasja jeszcze bardziej ich łączyła. Aż pewnego dnia musieli wrócić do miasteczka, bo umarł właściciel biblioteki, ojciec Pana Huertes. I wtedy to on objął władzę nad tym królestwem książek. Wraz z żoną prowadzili bibliotekę, do której wprowadzili radość, a każdy ich klient uśmiechał się ukradkiem, gdy wypożyczał jakieś dzieło. Jednak w dniu czterdziestych urodzin zmarł i to bardzo nagle- został postrzelony w trakcie zamieszek społecznych. I właśnie od tamtej chwili, bibliotekarka była samotna i cicha. Zaklęta w chwili śmierci męża, który był całym jej życiem. Gdy go straciła, oddała swoją duszę książkom.
-Hola! Eugeniuszu, jak dawno Cię tu nie było... Wiem, że jutro kończysz dziewiąte urodziny. Gratulacje! Pozdrów swoją mamusię.- Powiedziała z troskliwym uśmiechem. Ponieważ czułem się tam zbędny, chciałem szybko uciec w stronę drzwi. Bałem się, że ogrom książek może mnie wciągnąć. Teraz wydaje się to śmieszne, ale dla dziecka było to naprawdę straszne przeżycie. Jednak starsza pani, wyciągnęła coś spod spranego fartucha.- Proszę, oto prezent. Mam nadzieję, że Ci się spodoba! To ulubiona książka mojego męża, wydaje mi się, że chciałby, abyś ty ją otrzymał.
-Gracias!- Podziękowałem i wyszedłem z biblioteki.

Prezent był opakowany w cienki papier z czerwoną kokardą. Sama książka była stara, z żółtymi stronnicami, popisanymi drobnym druczkiem. Ledwo dało się odczytać tytuł, który brzmiał: „Enin”, autor nie był podany. Książkę wydano w 1719 roku, w Barcelonie. Nie wyglądała na tak wiekową, miała przecież ponad sto lat. Schowałem ją pod kamizelkę, by jej nie zniszczyć, i rozejrzałem się dookoła. Było ciemno. Nagle ujrzałem przed oczami twarz znanego człowieka. Nie mogłem sobie przypomnieć, skąd go kojarzę.
-Smiewddea? Jestem ojcem Jeremiasza.- Powiedział basowym głosem i spojrzał na mnie poważnie.- Mój syn...- Powiedział, ale książka spadła mi na nogi rozmówcy. Podniosłem ją i popatrzyłem przestraszony w jego oczy.
-Lo siento...- Przeprosiłem i zląkłem się.
Popatrzył mi głęboko w oczy i wysyczał:
-De tal palo, tal astilla. - Odrzekł zdenerwowany, odszedł, a ja krzyknąłem za nim.
-To nie jest mój ojciec! Niech Pan to cofnie! Nie jestem taki, jak mój ojciec.- Ojciec Jeremiasza odwrócił się z zadowoleniem, popatrzył w moje oczy i wybuchnął śmiechem. A ja, czym prędzej pobiegłem do domu.

Po drodze wstąpiłem do sklepu ze słodyczami, mając zamiar kupić trochę malinowych landrynek, które tak bardzo lubiła mama. Sklep Aliny, którą każdy nazywał po imieniu, bez względu na stopień zażyłości, był wielki i pachniał słodkościami. Na regałach były lizaki, cukierki, rogaliki i drożdżówki. Choć minęło już wiele lat, pamiętam nadal ten zapach. Alina wyszła nagle zza lady i uścisnęła mnie mocno.
-Proszę, proszę, nasz mały dziewięciolatek!- Powiedziała radośnie. Miała głośny i skrzekliwy głos, od którego bolały uszy. Wręczyła mi w prezencie wielkiego lizaka, którego z chęcią skonsumowałem.
-Dziękuję Pani Alino.- Skrzywiła się.
-Pani? Im jesteś starszy, koteczku, to jeszcze bardziej głupiutki. Alina, bez Pani. – Na jej twarzy zagościł szeroki uśmiech.
-Dobrze Alino, ale muszę już wracać do domu, pragnąłem kupić tylko kilka cukierków. Tych malinowych.- Powiedziałem, a sprzedawczyni spełniła moją prośbę, przesypując cukierki do papierowej torby. Odmówiła zapłaty.
-Henry kazał Ci przekazać najszczersze życzenia. I zostawił mi coś dla Ciebie.- Powiedziała, a oczy jej się zabłyszczały. Zdjęła srebrny wisior z szyi i podała mi go.- Proszę. Nie wiem, co to jest, ani skąd mój syn go ma, ale powiedział, że to będzie cenne dla Ciebie.
Popatrzyłem z uwagą na długi, gruby i srebrny łańcuszek. Na nim był zawieszony miniaturowe, prostokątne otwierane pudełeczko. Alina złapała mnie za rękę i znów powiedziała surowym tonem.- Nie otwieraj tego. Henry powiedział, że masz to otworzyć dopiero po ukończeniu pełnoletniości. Jeszcze dziewięć lat. Do tej pory nie otwieraj tego.
Pokiwałem przestraszony głową i podziękowałem. Gdy wyszedłem z pomieszczenia, zważyłem w dłoni tajemne pudełeczko, którego nie mogłem otworzyć. Coś było w środku- to było niemożliwe, aby sam metal tak dużo ważył. Henry słynął z dziwnych pomysłów i urojeń, lecz pomyślałem, że wypadałoby spełnić jego wolę. Schowałem prezent do kieszeni i zaczerpnąłem świeżego powietrza, tak abym poczuł je w płucach. Do domu miałem jeszcze kilka ulic. Nie mieszkaliśmy daleko od centrum, jednak w okolicy naszego domu było tylko kilka domów. Bardzo lubiłem wodzić oczami po kolorowych wystawach i odwiedzać przyjaciół, którzy mieszkali w Dyttcie- była to dzielnica naszego miasteczka, w której mieszkali ważniejsi ludzie- sędzia, lekarze, pisarze i większość właścicieli sklepów. Dzielnica objęła taką nazwę od nazwiska dawnych szlachciców, którzy zamieszkiwali przed wiekami tą część miasta. Ich dzieci miały dostęp do wielkich ogrodów, po których mogliśmy biegać i bawić się. Moje podwórko było o wiele uboższe i mniejsze, choć bardzo je kochałem. Ale często zostawałem zapraszany do innych, dzieci były życzliwe i sympatyczne. Nie wszystkie, bo zdarzały się wyjątki. Synowie Huberta, lekarza domowego, mieli wszystko, czego dusza zapragnie! Ich ojciec sprawił im nawet dwa koniki na biegunach, które wzbudziły wielką zazdrość u wszystkich dzieci w całym miasteczku. Nie wiem, co oni widzieli w zabawce, dzięki której można było bujać się. Przecież to było tak banalne i proste, że aż śmieszne. Teraz tak myślę- wcześniej było inaczej. Siostry Grungrich były zawsze szybkie i aż czerwone ze śmiechu. Czasami zapraszały nas na „popołudniowe herbatki”, które musieliśmy niby-pić z ich porcelanowych filiżanek. Wtedy była to tylko zabawa. Jednakże zostałem zapraszany przez rodziców moich kolegów czy koleżanek, mama zawsze kazała mi ubrać odświętny strój. Zakładałem wtedy eleganckie i niezwykle ciasne buty, które dostałem w prezencie na gwiazdkę. Mieszkania Dyttarów były zawsze wielkie i śliczne. Były w nich drogocenne rzeźby i starodawne meble. Strach było usiąść na takim starym krześle. Ważne Panie były zawsze drogo ubrane i pachniały kwiatami. Mama zawsze pachniała ciasteczkami, albo różami, często pachniała tym maminym zapachem- takim, którym się wyróżniała. Na całym świecie nigdzie nie znalazłem już tego zapachu. Nigdzie. Panów nie widziałem. Zawsze byli w pracy, albo siedzieli w swoich biurach usytuowanych na poddaszach lub w górnych częściach domów. Podobał mi się ten styl. Podobało mi się bogactwo. Pieniądze były dla mnie zawsze zagadką- jedni je mają, a drudzy żyją bez nich. Nie były mi nigdy do niczego potrzebne, lecz fakt, że mogłem je mieć był kuszący. Czasami zarabiało się pomagając przy rozładunku furgonetek, kupując rzeczy starszym ludziom, czy czytając małym dzieciom na skwerze. Chowałem wtedy te drobne sumy pod poduszkę. Byłem dumny, że mam pieniądze. Nie chciałem ich wydawać, ale czasami było ciężko u nas w domu. Zakradałem się wtedy do pokoju mamy i chowałem zarobione pieniążki do portmonetki. Nie było ich wiele, ale wierzyłem, że mogą jakoś pomóc. Bogaci przyjaciele nigdy mnie nie odwiedzali. W ogóle rzadko chodzili w moje okolice. Kiedyś koło mojego domu były farmy i pola uprawne. Przeniesiono je dalej, a na tych terenach wybudowano moją okolicę. W pobliżu był las- wielki, ciemny i głuchy. Można było sobie z nim porozmawiać, słuchając odpowiedzi echo. Te obrazy zachowały się w mojej pamięci, choć nie mam ani jednej pamiątki po moim domu. Tylko gdzieś tam w głowie, zostało wspomnienie. Szedłem ulicą przysłuchując się miastu, które szło już spać. Wielkie latarnie oświetlały mi drogę, a pod nogami latały zaspane szczury. Aż nagle zza rogu wybiegł Klementens- młodociany rozbójnik. Podbiegł do mnie i wcisnął mi miniaturową karteczkę w dłoń, spojrzał bystrze w oczy i pobiegł dalej. Wyprostowałem zgniecioną karteczkę. Na niej była tylko szóstka. Albo dziewiątka. Nie dało się rozróżnić, bo osoba, która to pisała, nie kłopotała się z wyróżnianiem szóstek od dziewiątek. Schowałem nowy przedmiot do kieszeni i pobiegłem ulicą. Za dużo się wydarzyło jak na ten dzień. I wtedy zadzwonił dzwon kościelny, wybijając północ.




2
Już w ten dzień, gdy to się stało, miałem świadomość, że coś się zmieni. Nie wiedziałem tylko co. Gdy ujrzałem pierwszą gwiazdę na niebie, byłem już tylko kilka metrów od furtki do naszego domu. W kuchni paliło się jaskrawe światło. Reszta świateł była powyłączana. Nic by mnie nie zdziwiło, oprócz tego, że drzwi od stodoły były otwarte na oścież. Pomyślałem- to jest okazja- odebrał mi przyjaciela! Nie wiadomo nawet, co on mu o mnie naopowiadał. Gdy dochodziłem do wejścia, odwaga się wyczerpała. Spojrzałem przed siebie i zawróciłem. Przed frontowymi drzwiami było rozstawione pranie, tak, że ledwo można było się dostać wewnątrz.
-Wróciłem!- Krzyknąłem na cały dom. Nie poczułem zapachu tortu, który miała upiec mama. Trochę mnie to zdziwiło. Jeszcze bardziej się zdziwiłem, gdy zobaczyłem gości, którzy czekali na mnie w kuchni. Nie, nie byli to zwyczajni goście, których się zaprasza na przyjęcie urodzinowe. Był tam George, ciotka Berta, i wiele, wiele innych ludzi, których nie znałem. Rozpoznałem strażaka, policjanta i burmistrza, którzy czasami odwiedzają mamę. Właśnie, nigdzie było mamy. Rozglądałem się po każdym kącie, bo dawno tylu twarzy nie widziałem. Jednak ta jedna twarz, magiczna, kochająca została mi skradziona sprzed oczu. Gdy pozostali mnie zauważyli, zaczęli mnie przytulać, płakać nade mną. Nie wiedziałem, co się dzieje. George nie płakał. Siedział nad stołem i topił smutki. Popatrzyłem na niego ze zdziwieniem i przytuliłem się do ciotki Berty.
-Co się stało? Czemu wszyscy płaczecie?- Krzyknąłem egoistycznie.- Dziś są moje urodziny! Cieszcie się!- Rozkazałem surowo. Oni jednak popatrzyli na mnie z wyrozumiałością. Nikt jednak się nie odzywał. Panowała nieprzyjemna cisza. Aż wreszcie przemówiła żona burmistrza, Pani Juers.
-Kochanie, wiemy, że dziś są Twoje urodziny i z pewnością wszyscy bardzo byśmy się z tego powodu cieszyli.- Spróbowała się uśmiechnąć.- Jednak jest to niemożliwe. Ty także nie będziesz się cieszył, jeśli dowiesz się, co się stało.- Powiedziała i rzuciła błagalne spojrzenie na męża, po czym wybuchnęła płaczem. Następnie zabrał głos policjant.
-Dnia dziewiątego września tysiąc osiemset osiemdziesiątego pierwszego roku, osiemnaście minut po północy nastąpił zgon Pani Kleopatry Smiewddea. Wszystko wychodzi na to, że była to śmierć naturalna. Pozostanie na zawsze w naszej pamięci. Bardzo mi przykro, Eug.- Te słowa do mnie wtedy nie dotarły. Myślałem, że to głupi żart. Popatrzyłem się na zgromadzonych, mieli poważne miny. Nie uwierzyłem, nie chciałem. Umarła najdroższa mi osoba- moja mama. Został mi tylko jakiś mężczyzna, którego prawie nie znam. Nie wiem, co się później stało. Chyba osunąłem się na ziemię.
Następnego dnia obudziłem się w domu cioci. Nie była siostrą mojej mamy, od rodziny Georg’a też nie była. Zawsze nazywałem ją ciocią, była taka miła i opiekuńcza. Gdy otworzyłem oczy ściskała moją rękę. Pokój był jasny i przytulny. Było tu tylko łóżko i mały fotelik w rogu. Był to pewnie pokój gościnny. Próbowałem się podnieść, lecz głowa mi pękała. Przez parę sekund byłem w szoku i nie wiedziałem, co się dzieje. Ale później zalała mnie fala wspomnień i zamknąłem oczy przewracając się na brzuch. Berta pogłaskała mnie po policzku i zamknęła drzwi. Leżałem tak cały czas. Wydawało mi się, że mijają miesiące, lata... Nic nie jadłem i nie piłem. Tylko leżałem. Przyszedł lekarz i nakazał mi jeść. Nic do mnie nie docierało. Byłem otępiały. Nieprzytomny. O niczym nie myślałem. Próbowałem się wyciszyć i zamienić w roślinę, która nic nie czuje i nie myśli. Ale nagle Berta rozkazała mi wstać. Przemyłem twarz zimną, źródlaną wodą. Miotały mną wszystkie uczucia. Czułem się jak flaga na wietrze. Ciocia chwyciła mnie za rękę i zaprowadziła do domu. Nie był to już mój dom, bo nie było już w nim mojej mamy. Kto tam był? Georg? Stary pijak, który nawet nie wie jak się nazywa. Jednak ciocia powiedziała, że muszę tu zostać. Że to mój dom. Że wie, że jest mi trudno oswoić się z brakiem mamy, ale kiedyś to minie. Nie wierzyłem jej. Georg wyszedł z kuchni. Wyglądał inaczej- miał porządne ubranie, był uczesany i nie było czuć od niego alkoholu. Jak do tego doszło nie wiem, ale po chwili objął mnie ciężką dłonią, a ja się nie wyrwałem. Trwaliśmy tak chwilę, aż puścił swój żelazny uścisk, a ja pobiegłem do swojego pokoju. I nic nie było już tak, jak kiedyś.

Na następny dzień Georg zapukał do mych drzwi. Przyniósł mi skromne śniadanie. Usiadł na krześle i popatrzył się w sufit. Po raz pierwszy usłyszałem jego głos. Był męski, gruby i łagodny zarazem. Zupełnie inny, niż go sobie wyobrażałem.
-Twoja mama była wspaniałą kobietą. Była dla mnie bardzo ważna.– Popatrzyłem na niego. Byłem zły, że mi to mówi. Przecież nie szanował mamy. Może to on ją zabił? Milczałem i wbijałem uparto wzrok w podłogę.- Byłeś jej oczkiem w głowie. Kochała Cię z całego serca.- Uśmiechnął się do siebie.- Mogłaby umrzeć dla Ciebie.-Milczeliśmy przez chwilę, a on potem wstał i chciał wyjść.
-Kochałeś ją?- Zapytałem, Georg nerwowo odchrząknął. –Dziś jest jej pogrzeb. Ubierz się ładnie i zejdź na dół.- Odpowiedział i trzasnął drzwiami. Maiłem ochotę uderzyć go w twarz, bo czułem, że mówi tak tylko po to, by mnie pocieszyć. Nie potrzebowałem jego pomocy. Lecz gdy przypomniałem sobie o mamie, rozpłakałem się jak mały chłopak, którym zresztą byłem.

Ciocia znalazła mnie zapłakanego w łóżku. Skrzyczała mnie, przebrała i popatrzyła głęboko w oczy.
-Jak ty się zachowujesz? Twoja mama nie byłaby z Ciebie dumna! Nie umiesz się nawet ubrać na pogrzeb swojej matki. Nie żal Ci jej?!- Krzyczała, a ja płakałem.- Jesteś głupim egoistą, tylko Tobie może być przykro, że ona umarła? Nie płacz już, jesteś już duży.- Patrząc na moją otrzęsioną twarz, jej brązowe oczy zaszkliły się i popłynęła łza. Przytuliła mnie i płakaliśmy tak chwilę. Szary frak miałem już prawie cały mokry, a czarne włosy Berty łaskotały mnie w nos. Odsunąłem się. Zrozumiałem. Zrozumiałem jej słowa, muszę szybko dorosnąć. Nikt nie miał zamiaru borykać się z tym, że jestem dzieckiem. I stałem się dorosły, ot tak.

Był zachód słońca, gdy drewniana trumna stała przede mną. Ksiądz żegnał ją, a ja stałem sztywno i nic nie mówiłem. Może na tym polegało to dorośniecie- na pozbawieniu się uczuć? Georg nie przyszedł. Nie było go. Razem z Bertą wrzuciłem wieniec. Chwyciłem garstkę ziemi w dłoni. Była sucha i zimna. Rozprostowałem palce, a ziemia posypała trumnę mamy. Popatrzyłem się na nią po raz ostatni. Czułem ją. Chciałem jeszcze chwilę tak postać, pomyśleć, pokochać po raz ostatni. Lecz reszta ludzi zaczęła wrzucać swe wieńce i składać nam z ciocią kondolencję. Czułem się tym przytłuczony. Słowa ludzi nie miały najmniejszego wpływu, by zmienić mój stan. Przecież nie przywrócą jej. Ale uśmiechałem się do wszystkich, tak z grzeczności. By nie pomyśleli sobie o mnie źle. Słońce zaszło, ludzie odeszli. Siedzieliśmy razem na ławce i patrzyliśmy się przed siebie. I wtedy po raz pierwszy zacząłem się zastanawiać, kim jest Berta. I dlaczego mama nigdy z nią nie rozmawiała.

Siedziałem na krześle i wpatrywałem się w krajobraz za oknem. Wstało słońce. Wierzba kołysała się na boki, a jej rozległe gałęzie stukały szybę. Metalowym prętem z łóżka wyryłem kolejną kreskę na stole. Minął już drugi tydzień. Czternaście dni od śmierci mamy. Nic nie się nie zmieniło, leżałem całymi dniami na łóżku, czasami wychodziłem się przejść. Rzadko z kimś rozmawiałem. Georg stał się jeszcze bardziej niewidzialny niż przed jej śmiercią. Berta od czasu do czasu przychodziła ugotować obiad, doprowadzała mnie do ładu. Jednak już jej tak bardzo nie ufałem. Tak naprawdę, Berta pojawiła się w moim życiu po ukończeniu czwartego roku życia. Przychodziła do mnie, rozmawiała o szkole, roślinach, zwierzętach. O wszystkim. Starała się być moją najlepszą przyjaciółką. Ufałem jej, zawsze mi pomogła, gdy czegoś potrzebowałem. Mama chyba jej nie lubiła, rzadko zamieniała z nią choćby słowo. Ale ona mimo wszystko przychodziła. Była kwiaciarką, miała niewielki sklepik pod swoim mieszkaniem. Miała mało klientów, prawie nigdy nie robiła niczego na zamówienie. Nie posiadała żadnej rodziny, męża czy dzieci. Była grubo po trzydziestce. Dziwiłem się, że nikt jej nie pokochał. Była taka sympatyczna. Wydawało mi się, że coś jej się od życia należało. Po śmierci mamy zaczęła zastępować ją. Oczywiście nie chciałem, ale ona dbała o mnie- czesała, ubierała i karmiła. Wytrzymywałem, ale gdy zaczęła się bardzo rządzić w domu, schowała wszystkie zdjęcia mamy i zaczynała nakazywać Georg’owi, by jadał z nami obiady; zezłościłem się na nią i uciekłem z obiadu nad rzeczkę, która przepływała koło naszego domu. Berta wybiegła za mną w liliowym fartuchu i krzyczała. Ja usiadłem na spróchniałym moście i nie chciałem się ruszyć. I po raz pierwszy uderzyła mnie. Jej silna dłoń odbiła się na mojej twarzy. Poczułem ból przeszywający każdą najmniejszą kość. Jednak nie wstałem. Myślałem, że odejdzie jednak ona wciąż stała i wpatrywała się we mnie ze zdziwieniem.
-Wstawaj, wracamy.- Krzyknęła groźnie.- Wstawaj!- Zaklęła i pociągnęła za kołnierz. Gdy wyrwałem jej się, ona kopnęła mnie prosto w twarz. Gwałtownie odchyliłem się w bok. Poczułem krew spływającą mi z nosa. Ostatni mleczak wypadł ze swojego miejsca. O mało się nie zakrztusiłem, przez chwilę zrobiło mi się ciemno przed oczami. Berta chwyciła mnie za rękę i zaprowadziła do domu. Czułem się okropnie, gdy zobaczył mnie Georg szybko wstał i podbiegł do nas.
-Co mu się stało?- Zapytał.
-Przewrócił się o wystający konar. Tyle ich w okolicy.- Skłamała z uśmiechem.- To tylko mleczak. Trzeba tylko przemyć mu twarz.- I pociągnęła mnie do łazienki. Puściła zimną wodę i chlusnęła mi nią w twarz.- Jeszcze jeden taki wybryk, to nie wstaniesz na nogi!- Krzyczała chlapiąc.- Masz mnie słuchać! Kto Ci, ty nieznośny chłopaku, na tym świecie został? Umyj się i idź do swojego pokoju.- Oczy mnie szczypały, gdy niepotrzebne krople się do nich dostały. Ciotka rzuciła w moją stronę ręcznik i wyszła. O niczym innym nie marzyłem, jak o zatrzaśnięciu moich drzwi pokoju i o zniknięciu ciotki z moich oczu. Po chwili leżałem w swoim łóżku. Spojrzałem w małe lusterko mamy, które schowałem, gdy sprzątano jej pokój. Miałem rozbity nos, krew lała się z niego strumieniem. Zatamowałem krew i wyskoczyłem przez okno, schodząc uważnie to gałęzi starej wierzby. Szedłem drogą w przeciwnym kierunku niż było miasto. I nagle przypomniało mi się, że noszę w kieszeni prezenty urodzinowe. Wyjąłem delikatnie książkę od Pani Huertes. Usiadłem na najbliższym pniu i zacząłem czytać.

Gdy boisz się nocy, nie uciekaj od światła.

Przewróciłem na kolejną stronę, jednak spotkało mnie rozczarowanie. Książka była niezapisana- na pierwszej stronie było tylko to jedno zdanie. I nic więcej. Mógłbym wtedy przysiąść, że gdy dostałem ją, była zwykłą książką, wszystkie strony były pokryte drukiem. Zamknąłem książkę i otworzyłem ponownie, jakby wierząc, ze zawartość może ulec zmianie. Jednak nie- nic się nie zmieniło. Odłożyłem ją obok i sięgnąłem po wisior od Henry’ego. Srebrna, mała szkatułka lśniła w ostatnich promieniach słońca. Nadal było coś w środku. Chciałem je otworzyć, ale nagle przypomniała mi się prośba bym otworzył ją, dopiero za dziewięć lat. Westchnąłem i schowałem wszystko ponownie do kieszeni. Pomyślałem o tajemniczym przekazie z książki... Gdy boisz się nocy, nie uciekaj od światła... „Może to jest jakiegoś typu podpowiedź?”- Myślałem. I wtedy zrozumiałem, że ja sam boje się nocy. Gdy wrócę do domu będzie noc. Może nie balem się ciotki, ale nie chciałem znów czuć bólu. Według tej podpowiedzi, powinienem zostać w świetle.
-No jasne!- Krzyknąłem do siebie.- Nie mogę wracać do domu. Ale tu także przyjdzie noc, na tę polanę...- Westchnąłem.- Gdzie nie ma nocy, gdy ona nadchodzi?...- Popatrzyłem z nadzieją na książkę. Zdanie się już zmieniło.

Nocy nie ma tam, gdzie jest światło.

Ucieszony dźwignąłem się z pnia i pobiegłem do miasteczka. Tam nigdy nie gasną latarnie. A najbardziej oświetlone miejsce, to biblioteka Pani Huertes.

Zapukałem w potężne drzwi, biblioteka była już zamknięta, lecz na końcu regałów paliło się światło. Po chwili przy drzwiach pojawiła się młoda dziewczyna.
-Wejdź do środka, jest zimno!- Powiedziała neutralnie.
-Czy jest Pani...
-Helga!- Przerwała mi natychmiast, nawołując starszą panią, która zaraz wyszła z kantorka i podeszła do mnie.
-Co tu robisz, chłopcze?- Powiedziała nakładając okulary na pomarszczony nos.- Och Eugeniusz! Dziecko, co się stało?
-Chciałbym pomówić o tej książce, którą dostałem od Pani.- Powiedziałem stanowczo, ale mój głos zabrzmiał bardzo dziecinnie. Usta rozmówczyni skrzywiły się, a młoda asystentka porozumiewawczo wymieniła z nią spojrzenia.
-Kochanie, jest już późno. Georg na pewno się martwi, Katherinne Cię odprowadzi.- Powiedziała, udając, że przegląda książki.
-Ależ to nie Georg się mną opiekuje! Dlatego też tu jestem!- Dziewczyna podeszła do mnie i dotknęła mojego ramienia, dając znak, ze należy już iść.
-Dobrze, dobrze. Idź już.
-Ale proszę Pani...- Chciałem wytłumaczyć, ale ona otworzyła drzwi i zamknęła je od wewnątrz.
Kate była ode mnie kilka lat starsza.. Szliśmy w ciszy, a ona liczyła swoje kroki.
-Kim jesteś dla Pani Huertes?- Spytałem, a ona zaczęła bawić się kosmykami złocistych włosów. Była bardzo ładna. Miała delikatne rysy i śnieżnobiałą cerę. Gdy się uśmiechała, jej oczy błyszczała. Zwiewnie chodziła, a każdy jej ruch był jak taniec.
-Nikim.- Uśmiechnęła się.- Pracuję u niej, bo mój wuj jest chory.- Zasmuciła się.- Ty jesteś Eugeniusz?- Potwierdziłem.- Śliczne imię.- Powiedziała, a ja spojrzałem na nią uważnie.
-Śmiejesz się?- Zapytałem nieśmiało.
-Nie, naprawdę mi się ono podoba. Eugeniusz... Tak wdzięcznie. Pasuje do ciebie.
-Gracias!- Ucieszyłem się. Była drugą osobą po mamie, której to imię się podobało.- Ty też masz śliczne imię.- Znów się uśmiechnęła, a ja zapłonąłem czerwonym rumieńcem.
-Czemu przyszedłeś tak późno do biblioteki? Nie uwierzę Ci, jeśli powiesz, że chciałeś wypożyczyć jakąś książkę.- Tajemniczo zamrugała swoimi długimi rzęsami. Pomyślałem, że można było jej zaufać. Ale pewnie by mi nie uwierzyła.
-Ostatnio wypożyczyłem taką książkę... O takim poszukiwaczu skarbów... – Ciągnąłem przekonywująco.- I bardzo mi się spodobała. Ale... Nie uwierzysz! Pięć kartek ze środka było wyrwanych! I chciałem się dowiedzieć... Czy nie ma tamta pani jeszcze jednego egzemplarzu i...
-Dobra, jak nie chcesz powiedzieć, to nie. Rozumiem.- Zachowała się bardzo dojrzale. Ale była dla mnie zagadką.
-Jakiś francuski pisarz, napisał kiedyś, że każdy człowiek jest tajemnicą. Co w tobie jest niezwykłego?- Zapytała, a jej uśmiech znów przyprawił mnie o rumieńce.
Zastanowiłem się chwilę, po czym odpowiedziałem.- Umarła mi mama.- Ona ze współczuciem westchnęła.
-Mi też. Jak miałam trzynaście lat, zmarła na białaczkę. Od tej pory wychowywał mnie wujek...- Mruknęła. I po raz pierwszy poczułem się zrozumiany.- I jeszcze jest taka anomalia w moim imieniu.- Popatrzyłem pytająco w jej niebieskie oczy.- Tak, mam na imię Katherinne. Ale pisze się to przez dwa „n”.- Zaśmiała się, a jej śmiech odbił się echem. Byliśmy już blisko, dom wyglądał na opuszczony, gdy się szło od tej strony.
Gdy podeszliśmy od strony, od której była wierzba, powiedziałem.- Dziękuję. To było naprawdę bardzo miłe, że chciałaś przejść się ze mną.
-Jeśli pozwolisz, przyjdę tu też jutro. Niedziele zawsze mam wolne. Nikogo tu nie znam, a z Tobą mi się bardzo fajnie rozmawia.- Zaniemówiłem, ale w porę zdążyłem oprzytomnieć.
-Oczywiście. Rzuć kamieniem w moje okno, a wyjdę.- Uśmiechnąłem się i wspiąłem do pokoju. Nikt nie zauważył mojego wyjścia. Położyłem się i zgasiłem świecę. Gdy Berta odeszła do swojego domu, otworzyłem moją skrytkę i schowałem tam wisior i książkę. W ostatnim momencie przypomniałem sobie o jej niezwykłej mocy i sprawdziłem, co tym razem było tam napisane.

Serce nie sługa, lecz człowiek sługą serca.

Nie zrozumiałem tej zagadki i położyłem się spać. Nos bolał niemiłosiernie, lecz z całej spróbowałem zasnąć i... I zasnąłem.

Ciotka miała jakieś ważne sprawy do załatwienia w miasteczku, przez co dzisiaj jej nie było. Georg od rana dbał o ogród. Kate zgodnie z obietnicą przyszła. Czekałem na nią kołysząc się na wierzbie. Wreszcie przyszła. Miała na sobie letnią sukienkę w groszki, i włosy związane czerwoną wstążką.
-Witaj!- Powiedziała, podając mi swoją rękę. Była delikatna i bardzo miękka. Odparłem coś na przywitanie i ruszyliśmy polną drogą. Ot tak, przed siebie. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, nagle zapytała.- Czemu wy tutaj, nie chodzicie do miasteczka?
Uśmiechnąłem się.- Chodzimy. W naszym miasteczku nie mieszkają żadni nauczyciele. Przyjeżdżają dopiero w październiku, przez co mamy wakacje dłuższe o miesiąc. A ty, skończyłaś już szkołę?- Zagadnąłem. Ona zawstydzona odwróciła głowę.
-Nie skończyłam. Gdy straciłam mamę, miałam trzynaście lat, przerwałam naukę. Wyjechałam do wujka. Bardzo mnie kochał, ale nie przejmował się zbytnio moją edukacją. Zachorował na gruźlicę. Sam rozumiesz, że najlepszym wyjściem było wyjechać do najbliższego miasteczka, gdzie będą mnie chcieli zatrudnić.- Po chwili się uśmiechnęła.- Myślałam, że będzie tu mi smutno. A wtedy zjawiłeś się Ty.- Rozmawialiśmy tak bardzo, ale to bardzo długo. Pamiętam, że nigdy się tyle nie śmiałem, co wtedy. Zaprowadziłem ją nad staw i szukaliśmy ładnych patyków. Były tam naprawdę różnorodne. Nie takie zwykłe, płaskie, prostokątne były nawet kwadratowe. Kate wybrała dla mnie zupełnie płaski, s ja jej duży, który przypominał chmurę na niebie. Kate mieszkała nad biblioteką Huertes, a gdy byliśmy już prawie na miejscu, spotkaliśmy się- a dokładnie, to wpadła na nas- Berta. Gdy zobaczyła mnie dostała napady furii i zaczęła krzyczeć, że gdzie się włóczę, bez pozwolenia i jak tak można. Gdy z tłumu wyłoniła się Katherinne jej gniew ustąpił jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Złapała mnie delikatnie za rękę i powiedziała, że musimy już iść do domu. To było bardzo dziwne. Kate poparzyła na mnie ze strachem i z troską zarazem, odwróciła się i wbiegła do domu. Szliśmy z ciotką w milczeniu, w ręce cały czas trzymałem patyk. Obejrzałem go ze smutkiem. Popatrzyłem dokładnie, na jednej ze stron, był wyryty napis:

Przyjdę jutro.


Kate przychodziła do mnie jeszcze wiele razy, bawiliśmy się i rozmawialiśmy. Od października zaczynałem szkołę, a ona wróciła do pracy. W czwartek jak zwykle miała przyjść. Czekałem na nią dosyć długo. Mijały kolejne godziny. Nie przyszła do wieczora. Myślałem, że może się coś stało, że wytłumaczy to na następny dzień. Ale w tamten piątek też nie przyszła. W pierwszy dzień szkoły, po uroczystym apelu poszedłem odwiedzić Kate. Pani Huertes powiedziała, że Kate wyjechała. Byłem bardzo rozczarowany i zły. Ale zdziwiłem się, gdy bibliotekarka powiedziała, ze Katherinne wyjechała w sobotę, dwudziestego czwartego września. A przecież wtedy spotkała nas ciotka Berta. Jak to było możliwe? Później się ze mną jeszcze spotykała. I chyba od tamtej pory poczułem, że moje życie nie będzie usłane różami.



Podręczny słowniczek

Buenas tardes- Dobry wieczór
Hola- Cześć
Gracias- Dziękuję
Lo siento- Przepraszam
De tal palo, tal astilla- Jaki ojciec, taki syn

***

I jak? Pozdrowienia.
 
Szehe 
Moderator
Bomba czuła na dotyk



Pomogła: 10 razy
Wiek: 18
Dołączyła: 06 Kwi 2007
Posty: 2736
Wysłany: Wto Lip 24, 2007 09:10   

Ktos cię pobije, albo co najmniej zbeszta, bo takie rzeczy od 40 postów :P
A co myślę nie będę pisać, powstrzymam się :P
_________________
Dziekuje Panie że mieszczę się w standardzie,
że nie wystaje za nawias.
Lecz czemu mi dałeś marną mysią wiarę. Przeczuwam klęske już na wstępie...
Dziękuję Panie że mieszcze się w szeregu.
Za średni wzrost, letnie ciało
Lecz czemu dumy pożałowałeś Panie.
Kolana pieką od klękania...

HEY
 
 
Seville
[Usunięty]

Wysłany: Wto Lip 24, 2007 09:18   

No dobra xD To mozna to usunąć. Za kilka dni to znowu wstawię. Tylko takie małe pytanie, dlaczego? Jaki sens?
 
Szehe 
Moderator
Bomba czuła na dotyk



Pomogła: 10 razy
Wiek: 18
Dołączyła: 06 Kwi 2007
Posty: 2736
Wysłany: Wto Lip 24, 2007 09:49   

Bo niektórzy "użytkownicy" rejestrują sie na forum tylko po to, zeby się czymś pochwalić, np włąsnym blogiem, zeby mieć więcej wpisów albo cuś.
_________________
Dziekuje Panie że mieszczę się w standardzie,
że nie wystaje za nawias.
Lecz czemu mi dałeś marną mysią wiarę. Przeczuwam klęske już na wstępie...
Dziękuję Panie że mieszcze się w szeregu.
Za średni wzrost, letnie ciało
Lecz czemu dumy pożałowałeś Panie.
Kolana pieką od klękania...

HEY
 
 
Seville
[Usunięty]

Wysłany: Wto Lip 24, 2007 11:15   

Mam nadzieję, ze już nic mi nie stoi na przeszkodzie, no nie? Pozdrowienia. xD
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Konta bankowe Zakłady bukmacherskie
Forum dla nastolatków. Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Forum młodzieżowe - Template FiSubIce v 0.5 modified by Nasedo
Mapa strony
    Najlepsza rozrywka dla młodzieży w sieci!. Super włosy i fryzury tlyko u nas. Wybierz najlepszy telefon komórkowy, odtwarzacz mp4, prezent. Odchudzanie, jak szybko schudnąć?. Doładowania online, gry online. Najlepsze forum młodzieżowe w sieci. zarabianie przez internet, konkursy internetowe. gry, tapety, dzwonki na telefon, komórkę, java. Super muzyka, filmy, telefony za małe pieniądze. Młodzieżowe kosmetyki i uroda. Super ubrania, ciuchy, obuwie, buty. Załóż sobie forum, bloga. Wszystko dla nastolatków i młodzieży na naszym forum młodzieżowe .
Strony internetowe - Angielski korepetycje - noclegi - samochody ciężarowe - oświetlenie - transport krajowy - Lampy i oświetlenie - Domy Poznań - agencja reklamowa Warszawa - Galeria - zegarki - Apteka internetowa - nowe mieszkania - kosmetyki naturalne - hong kong phone card
statystyka